środa, 4 czerwca 2008

Wietnam i Laos

Kilka zdjęć z Wietnamu i Laosu gdzie bylem przez ostatnie 2 tygodnie

LAOS:



















WIETNAM:










wtorek, 13 maja 2008












Wielki, tłusty szczur biegnie tuż przy ścianie budynku, zatrzymuje się na chwilę przy krawędzi, by za moment wbiec pod stojący niedaleko samochód, przebiec ulicę i schować się pod schodami. Stoję może 3 metry od niego rozmawiając przez telefon ze znajomą. Właśnie wróciłem z baru w mieście, teraz czas dołączyć do reszty ekipy - grają w pokera w dawnym mieszkaniu parki amerykanów, którzy uczą w mieście. Ciągle mają do niego klucze, mimo, że od kliku dni mieszkają już w innym miejscu, niedaleko mnie. Dzwonię do Julie, żeby wyszła po mnie, bo nie wiem za bardzo gdzie jestem. Miałem iść na Ulicę Kurczaków (Chicken Street) czyli tutejszą dzielnicę czerwonych latarń ( "kurczaki" to w Chinach potocznie prostytutki), gdzie też jestem - stoję obok jakiegoś burdelu, skąpo ubrane panie ekspedientki zapraszają mnie ochoczo, "Hello, hello, sexi massage". Widocznie mam jakieś lubieżne oblicze, choć to raczej fakt, że jestem biały wzbudza w nich te wybuchy euforii. Po jakimś czasie i odsłuchaniu w słuchawce fragmentu okropnej, chińskiej piosenki Julie odbiera, wyjaśniam mniej więcej gdzie stoję, zaraz po mnie wyjdzie. Po paru minutach widzę ją, macha do mnie ręką, po chwili oboje znikamy za rogiem. Okazuje się, że dawne mieszkanie Alexa i Julie znajduje się w budynku, będącym jedynym, który nie jest "salonem masażu". Wszędzie dookoła świecą sie w oknach fioletowe lub różowe firanki, a na dole dziewczyny grają w karty lub oglądają telewizję. Oczywiście wszystkie te przybytki wątpliwej rozkoszy i niewątpliwej rzeżaczki są w Chinach nielegalne, ale jak to mi wyjaśnił jeden z uczniów - rząd zamyka oczy, wystarczą im zapewnienia, że są to salony masażu.
Wchodzimy na 3 piętro, duże, przestronne mieszkanie, urządzone kompletnie bez smaku - tym razem nie dziwi mnie to wcale, po pierwsze to Chiny, po drugie, czego można się spodziewać bo dawnym burdelu. Przy stole grupka znajomych wygrywa i przegrywa niewielkie sumy. Jest parka Amerykanów, jest Anglik, Australijczyk, jeden Holender też tu się zapodział, dziewczyna z Ekwadoru (plotka mówi, że córka jakiegoś narkotykowego bossa) no i ja. Do gry, się nie przyłączam, do rozmów jak najbardziej.
Dyskusja toczy się wokół problemów z wizami, żyje tym ostatnio całe miasto. Rząd chiński uniemożliwił przedłużanie wiz obcokrajowcom na terenie ChRL, żeby to zrobić, trzeba wyjechać z kraju i tam też wyrobić sobie wizę. Jedyną, jaką można dostać to wiza turystyczna na 30 dni, bez możliwości przedłużenia pobytu. Ma to jakiś związek z Olimpiadą, ale nikt nie rozumie jaki. W ogóle, chiński rząd powprowadzał różne niedorzeczne zasady przed Igrzyskami, które znacznie utrudniają podróżowanie po kraju i życie tutaj obcokrajowcom. Na szczęście, moja szkoła, jako jedyna ma możliwość załatwienia 6-o miesięcznej wizy biznesowej, która jest tu teraz towarem absolutnie bezcennym. Od jakiegoś czasu mam już ją w paszporcie, także śpię spokojnie. Jak się okazuje, właściciel naszego Collegu ma duże znajomości tu i tam, może pociągnąć pare sznurków, uruchomić odpowiednich ludzi i załatwić wiele spraw. Jest bogaty, a w tym komunistycznym przecież kraju pieniądze otwierają praktycznie każde drzwi...
Wypijam kilka piw i ruszam do domu, po drodze zjadam grillowane krewetki na patyku, piekielnie ostry, smażony makaron ryżowy i lece spać.
Piątek, od rana lekcje. Śniadanie w szkole, chwilka na wydrukowanie jakiś papierów dla uczniów i jazda do klasy. Mój kumpel z innej szkoły polecił mi ciekawy temat na lekcję - co chcesz zrobić w swoim życiu zanim umrzesz? Odpowiedzi były co najmniej zaskakujące. Większość odpowiedziała, że chce pojechać do Pekinu, zobaczyć Wielki Mur i generalnie podróżować po Chinach. Kilkakrotnie padała również odpowiedź o podróży dookoła świata, próbowałem wtedy pociągnąć ich trochę za język, spytać gdzie chcieliby pojechać, co zobaczyć - nikt nie wymienił ani jednego kraju albo miasta. Jedna dziewczyna (28 lat) chciałaby pojechać do Singapuru, bo tam mieszka jej ulubiona piosenkarka... Pozostałe "marzenia" też okazywały się być raczej trywialne - kupić psa, ożenić się/wyjść za mąż, mieć duży dom i samochód, chodzić na zakupy. Angielskiego też uczą się po to, żeby dostać lepszą pracę w Chinach, a nie po to żeby podróżować. Potwierdziło to tylko fakt, że ci ludzie w większośći nie mają marzeń, poza stricte materialnymi rzeczami. Oni chcą mieć. A jeśli chcą być, to chcą być u władzy. Bo w Chinach wszystko kręci się wokół pieniędzy i władzy, to ile masz pieniędzy mówi tutaj kim jesteś. Pieniądze dają władzę, zazdrość w oczach innych. Chińczycy są wybitnie przedsiębiorczy i pracowici, muszę to przyznać, ale zastanawiam się, czy wynika to z ich natury czy ze zwykłej chęci wzbogacenia się. Lata izolacji i zacofania zrobiły tutaj swoje, ale to połączenie komunizmu i wolnego rynku jakie jest teraz, jest co najmniej dziwne... I żal mi trochę tych moich uczniów, że mając w ręku taki skarb jak język angielski, ich największym marzeniem jest mieć kupę kasy i pojechać do innego dużego miasta w tym samym kraju...
Na popołudnie umówiłem się ze znajomym na wycieczkę na motorach za miasto. Jakiś czas temu kupiłem od niego pół motoru, którym się dzielimy. Żaden to wielki motocykl, silnik malutki, szybko na nim się nie da pojechać, w sam raz do nauki i jazdy po drogach tutaj. Ale radość z jazdy jest niesamowita! W całym mieście jest tylko paru obcokrajowców z motorami, więc wzbudzam pewne zainteresowanie, poza tym okolice miasta są bajkowe, więc motor nadaję się do eksploracji tych terenów najlepiej. Pojechaliśmy tego dnia zrobić tzw pętlę wokół Yangshuo - wrażenia niesamowite, nigdy bym się nie spodziewał, że będę jeździł po Cinach motorem i do na dodatek w miejscu, którego piękno przyprawia o zawrót głowy...

poniedziałek, 7 kwietnia 2008

Z miejsca gdzie mieszkam do centrum miasta idzie się może około 15 minut.

Ponad miesiąc temu zmieniłem pokój, mieszkam teraz w budynku dla nauczycieli i pracowników szkoły. Dom jak każdy inny w Chinach - segment w długim szeregowcu, wysoki na bodaj 5 pięter. Na parterze duża klatka schodowa z miejscem na motory i rowery (u nas jest tego akurat całkiem sporo), obowiązkowy dystrybutor z wodą do picia, i pokój, w którym mieszka jedna z dziewczyn pracujących w szkole. Nie rozumiem za bardzo chińskiej myśli budowniczej, bo wszystko, oprócz małego pokoiku, który zajmuje, jest na klatce schodowej. Taki na przykład zlew i lustro (normalnie w zamkniętej łazience) są po prostu na jednej ze ścian na klatce, także często mijam ją myjącą się, gdy idę do siebie... A wystarczyło by wstawić tam jedną ścianę... Nasz dom nie jest bynajmniej odosobnionym przypadkiem - tak jest wszędzie. Parter, który wygląda jak klatka schodowa, jest w rzeczywistości własnością ludzi którzy na nim mieszkają, także często "klatki schodowe" są w pełni umeblowane, a wchodząc do budynku, ma się wrażenie, że przechodzi się przez czyjeś mieszkanie. Co mnie również zastanawia, to kompletny brak kuchni w mieszkaniach. Wydaje mi się, że Chińczycy jadają głównie poza domem - wszędzie jest pełno tanich knajp, gdzie serwują ryż i smażone warzywa z mięsem. Ostatnio było tutaj naprawdę duszno - wilgotność powietrza przekracza wówczas wszelkie normy przyzwoitości, ubranie klei się do ciała, a prysznice niewiele pomagają, bo nawet niewielkie ilości potu nie chcą wyparować z powierzchni skóry. Na naszej klatce schodowej wszystko robi się momentalnie mokre, woda z powietrza skrapla się na wykafelkowanej powierzchni, spływa i tworzy olbrzymie kałuże na schodach i korytarzach, ściany i drzwi pokrywa rosa. Mój budynek znajduje się tuż obok boiska do koszykówki - Chińczycy mimo niewielkiego wzrostu szaleją za tym sportem, prawie codziennie, bez względu na pogodę, widać grupki odbijające piłkę.
Wilgoć w powietrzu już na niewielkiej wysokości tworzy chmury, które zakrywają wierzchołki zielonych wzgórz, wznoszących się ponad dachami domów. Lekki deszcz zrasza moją głową, nie wiem czy otworzyć parasol, czy nie - przecież prawie go nie czuję, więc nie ma po co, ale z drugiej strony, za parę minut wszystko na mnie będzie wilgotne, niczego i tak tutaj nie wysuszę i będę musiał łazić w mokrych rzeczach... Wracam i biorę parasol... I idę z tym parasolem jakoś tak się dziwnie czując - w Polsce przy takiej mżawce zakładamy czapkę i jest dobrze, wchodzimy potem na chwilę do ciepłego pomieszczenia i po chwili wszystko suche. Tutaj, jeśli ubranie zmoknie raz, będzie takie jeszcze baaaardzo długo.
Mijam boisko, dalej krótka uliczka z małymi sklepikami. Do dziś nie wiem, co dokładnie mieści się w jakim lokalu, bo gdy tędy przechodzę, za każdym razem otwarty jest inny. Widziałem już tam coś na kształt malutkiej szkoły, z malutką tablicą, malutkimi biurkami i krzesełkami i malutkimi ludźmi w nich siedzącymi oraz całkiem duża panią, zapewne nauczycielką. Nie mam pojęcia natomiast czego oni tam uczą... W sklepiku tuż obok można dostać różowe piórniki, seledynowe tornistry i turkusowe buciki z lampkami, małe, plastikowe organki grają okropną melodię przez cały czas, a dzieci kupują te wszystkie kolorowe teletubisiowo-myszko-mikowe gadżety zaraz po wyjściu z pobliskiej szkoły. W kolejnym lokalu od czasu do czasu widać panią ze starą maszyną do szycia i bele materiału. Dalej - czasem otwarty zakład fryzjerski i zawsze zamknięty salon kosmetyczny. Po chwili słyszę "Hello!" i widzę uśmiechniętego Chińczyka z nieodłącznym papierosem przyklejonym do dolnej wargi unoszącego rękę w pozdrawiającym geście. To "Hello Guy" (Pan Hello), który prowadzi sklepik (ten dla odmiany jest zawsze otwarty) gdzie zaopatrują się wszyscy mieszkający w pobliżu obcokrajowcy. Jego wiecznie uśmiechnięte usta ukazują naszym oczom szpaler szarych zębów tkwiących w krwisto-czerwonych, spuchniętych dziąsłach pokrytych obręczą popalonych przez papierosy warg. Ten przedsiębiorczy człowiek opracował świetną metodę na przyciągnięcie do siebie obcokrajowców - w odróżnieniu od innych Chińczyków jest zawsze pogodny, lubi sobie pogadać no i nauczył sie paru słów po angielsku. Za każdym razem doskonale wie czego chcę - gdy tylko się zbliżam pyta "Jołgert?", "Koul Bir?", "Koka kola? koul?", "milk-e?" itd. PR pierwsza klasa! Poza tym, gdy niosę coś z innego sklepu i wracając wstąpię do niego, przegląda mi siatki - po paru dniach ma to wszystko u siebie. Ciekawy jest fakt, że tuż obok jest inny sklep i tak na oko z nawet lepszym asortymentem, ale nigdy tam nie kupuję...
Za rogiem skręcam w prawo, mijam słup elektryczny wbity w sam środek skrzyżowania i idę dalej. Mrowie dzieciaków w jednakowych, żółtych czapeczkach z pobliskiej szkoły zalewa ulicę. Czekają już na nie rodzice na motorach, skuterach i rowerach. Wydaje się, że Chińczycy nie mają zbyt wielu samochodów osobowych - na ulicach widać w większości autobusy, busiki i minivany no i wszelkie jednoślady. Na jednym z motorów widać przedziwną konstrukcję, na której zawieszonych jest kilka sporych butli z gazem. Pojazd zmierza do pobliskiego zakładu, gdzie ponownie napełnia się takie pojemniki - Chińczycy powszechnie korzystają z gazu, ale w naszym mieście, jak wszędzie na prowincji, nie ma sieci gazociągowej. Prawie połowa lokali, które tutaj mijam to tanie knajpy, gdzie podstawowym jedzeniem są różne warzywa smażone w woku z odrobiną mięsa i tony ryżu. Takie danie kosztuje około 5 yuanów, czyli mniej więcej 1.50 zł. Oczywiście prawie w każdym sklepie jest telewizor nadający chińskie filmy kung-fu lub tutejsze opery mydlane. Idąc dalej - wyśmienita piekarnia, która byłaby jeszcze lepsza, gdyby można było kupić to zwykły chleb. Od czasu przyjazdu do Chin chleb z masłem jadłem tylko raz, a wydarzenie to celebrowałem niczym posiłek w paryskiej restauracji. Pewnego razu nieopodal tejże piekarni napotkałem zdechłego szczura na chodniku, ale nie zraziło mnie to bynajmniej od zaopatrywania się tam - mają świetne babeczki bananowe. Sklep obok - na półkach tanie, obrzydliwe baijo, stosy petard tworzących małe bomby i pan ekspedient spokojnie palący papierosa...
Docieram w końcu do skrzyżowania z jedynymi w mieście światłami drogowymi, które tutejsi traktują raczej jako sugestię niż jakikolwiek nakaz. Na rogu szereg motocykli gotowych do odjazdu - tutejsze taxówki, dojazd do centrum za 3 yuany (niecałe 1 zł). Przechodzę skrzyżowanie na czerwonym świetle, razem z paroma skuterami, autobusem i radiowozem policyjnym. Dalej idę skrótem - uliczką biegnącą wzdłuż kanału. Otwierają się tylne drzwi jednej ze smażalni i ktoś rzuca na ziemię okrągły, czerwony kloc który natychmiast rozsypuje się niczym krucha cegła. To wypalony brykiet/koks czy coś podobnego. Zrobione jest chyba z węgla, bo przed użyciem jest czarne i używają tego do palenia w piecyko-koksownikach na których trzymają pojemniki z ryżem, wywarem, pierogami i wszelkimi innymi daniami. Uliczka, którą idę wydaje się być usypana z pozostałości po takim paliwie. Rozdeptuję do reszty te czerwone zgliszcza i idę dalej. Po paru metrach natrafiam na swoistą sortownię śmieci - kilka kobiet układa plastikowe butelki, puszki, papier i inne dające się przetworzyć i co najważniejsze, sprzedać, rzeczy w stosy, które po chwili lądują na trójkołowym rowerze przywiązane do niego niepewnie wyglądającym sznurkiem. Kawałek dalej wchodzę już na główną drogę w mieście. Jednym z moich ulubionych miejsc jest sklep komputerowy, w którym można kupić także tanie buty, a sprzedawczynią jest starsza pani niańcząca małą wnuczkę. Potem jeszcze przystanek u "Dumpling Kinga" Króla Pierogów, których koszyk kupuję i zjadam na miejscu za około 1 zł. Do tego jeszcze troszkę zupy za darmo (jestem tu prawie codziennie), płacę i lecę dalej, do centrum, na jakieś piwo, spotkać się i pogadać ze znajomymi, dowiedzieć się czegoś nowego o świecie...

niedziela, 23 marca 2008

Dragon Bridge

Pora deszczowa odbiera trochę urok temu miejscu. Pochmurnie, szaro, ponuro, mokro i co chwilę pada... Wilgoć i wysoka temperatura namalowały na kafelkach w łazience postrzępiony, zielono-niebieski wzorek. U mnie nie jest jeszcze źle, podobno u jednego nauczyciela z innej szkoły ściany w pokoju są zielone od pleśni, nie może sobie z tym poradzić. Podobno w kwietniu, gdy deszcze ustają robi się tu nieprzyjemnie za sprawą komarów. Muszę się zaopatrzyć w jakiś środek przeciw tym krwiopijcom.
Ostatni piątek był wyjątkowo ulewny, deszcz złapał mnie w Guilin gdzie spędziłem wieczór i większość soboty - ulice zamieniły się w potoki, a ja miałem tylko małą, tanią parasolkę którą musiałem dzielić z jedym z moich uczniów... Na szczęście sobota była świetna, a niedziela absolutnie rewelacyjna! Błękitne niebo, słońce, zielone wzgórza, bajka! Pojechaliśmy z klasą rowerami zobaczyć Dragon Bridge (Smoczy Most) nad rzeką Yulong. Most ma ponoć ponad 800 lat, jest mały ale urokliwy. Droga zajęła prawie 3 godziny, mój rower jest popsuty, więc namachałem się trochę nie mogąc zmienić przerzutek. Trasa wiedzie przez wąski ścieżki między polami ryżowymi i małe wioski. W końcu jakaś inna zabudowa niż monotonna miejska architektura. Widać, że życie tutaj jest zupełne inne niż w mieście, a już na pewno inne niż na polskiej wsi. Dawno już jazda rowerem nie sprawiła mi tyle frajdy co teraz, a widoki po prostu zapierają dech w piersiach! Horyzont pokryty intensywnie zielonymi wzgórzami, nad nimi niebieskie niebo, delikatny wiatr na twarzy i pola ryżowe pełne wody z wynurzającymi się, zielonymi kłosami po bokach drogi... Słońce grzało całą drogę, a po paru godzinach moja skóra zrobiła się czerwona - przez tą nagłą zmianę pogody zupełnie nie pomyślałem o kremie z filtrem. Jak się okazuje Chińczycy zużywają go bardzo dużo, bo nikt tutaj nie chce sie opalić. Gdy zobaczyłem rano dziewczyny w swetrach i golfach, podczas gdy ja w końcu mogłem wbić się w krótkie spodenki i sandały, trochę zbaraniałem... Jeden z chłopaków jechał w garniturze, tanim i brzydkim, jak to Chińczycy noszą na co dzień, a było chyba ponad 25 stopni! Nie zdziwiłbym się, gdyby miał pod spodem kalesony i podkoszulkę z długim rękawem, bo tak się tutaj ubierają mężczyźni. Dziwne to jest bardzo, ale taka to już kultura...
Mam nadzieję, że ta pogoda utrzyma się dłużej, będzie można w końcu zacząć robić wypady w okolice Yangshuo i wyrwać się trochę w miasta.












wtorek, 18 marca 2008

Tybet...

Postanowiłem poruszyć dziś na lekcji temat Tybetu i obecnej sytuacji w tym regionie... O ostatnich wydarzeniach niewiele mówi się w chińskich mediach, ale tajemnicą poliszynela jest to, co się tam tak naprawdę dzieje. Jak niedawno powiedział mi mój uczeń, nie można w Chinach wysłać SMS-a, w którym są słowa "Tybet", "Lhasa", "zamieszki" i inne podobne, po prostu nie zostanie dostarczony do odbiorcy. Śliska sprawa, ale postanowiłem nie wypowiadać swojego zdania ani nie indoktrynować ich w żaden sposób, czyli zachować pozory legalności, byłem raczej ciekaw co się stanie. Na hasło "Tybet" połowa klasy zamilkła. Dwóch chłopaków wypowiadało się dość, delikatnie mówiąc, radykalnie. Trochę się zgarbiłem, gdy usłyszałem hasła w stylu "Musimy zabić Dalajlamę, gdy on zginie problem zniknie!" czy "Amerykanie kontrolują Nagrody Nobla!" i to od ludzi, którzy w normalnej rozmowie wydają się całkiem normalni... Oczywiście powtarzali to co rząd chiński - że Tybet zawsze należał do Chin i już. Twierdzili, że Dalajlama to morderca i że zanim "uciekł" z Chin, był okrutnym władcą i zrywał skórę ze swych wrogów, a zamieszki w Lhasie są skutkiem amerykańskiego spisku... Atmosfera była w każdym razie dość gęsta... Jedna dziewczyna, która jest zresztą buddystką, całkiem odważnie broniła Tybetańczyków, mówiła o błędach chińskiej polityki wobec tego regionu i o tym, że Dalajlama to święty człowiek itp. Została jednak zakrzyczana przez resztę. Muszę przyznać, że niektóre argumenty były nawet sensowne - jeśli coś poważnego wydarzy się w Tybecie, zaraz zacznie się coś podobnego na Tajwanie i to na ostro. Coś takiego totalnie zdestabilizowałoby cały region. No i nie zapominajmy też o Korei Północnej...
Wśród tutejszych obcokrajowców mówi się, że Chiny gromadzą niezły arsenał przy południowo-wschodnim wybrzeżu i tuż po Olimpiadzie "będzie się działo".
Póki co mam nadzieję, że mnie nie deportują (temat Tybetu jest w zasadzie zakazany)... (żart :)

środa, 12 marca 2008

Parę fotek a propo poprzedniego postu:






Prawdziwe Chiny c.d.

Pogoda była raczej średnia, chłodno i pochmurnie, ale przynajmniej nie padało. Rano przyszedł po nas River ze swoim ojcem i wujkiem (nasz kierowca) i pojechaliśmy do Parku Narodowego. Niesamowite jakich zniszczeń dokonały tutaj ostatnio burze śnieżne, całe zbocza gór powalonych drzew i połamanych gałęzi, gdzieniegdzie pozrywane dachy... Tego dnia był akurat dzień kobiet, dość powszechnie obchodzony w Chinach, więc było naprawdę dużo damskich wycieczek. Wszędzie było słychać podwyższone głosiki chińskich pań, no i chichot gdy tylko zobaczyły obcokrajowców. Nie muszę dodawać, że Colin i ja byliśmy jedynymi białymi w okolicy. Colin to Amerykanin z New Jersey, który pojechał do Hezhou razem ze mną. Skończył animację w college'u w Georgii, do Chin przyjechał pół roku temu, uczy angielskiego w Yangshuo ale w innej szkole. Gdy staliśmy w kolejce po bilety (była dość długa i miejscami się zawijała) ludzie robili nam zdjęcia z daleka lub bezczelnie filmowali, byliśmy w każdym razie nie małą sensacją. Sam Park nie zrobił na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia, krajobrazy podobne do naszych Bieszczad. Wrażenie zrobiła na mnie pijalnia Baijo, gdzie można było się napić różnych gatunków tego napitku za darmo! Na szczęście tutejsze baijo było całkiem dobre, mieli różne rodzaje i różne smaki do wyboru, chociaż niektórych nie chciałbym spróbować ponownie. Następnym przystankiem był Skalny Las - niesamowite miejsce, w którym z ziemi wyrastają niczym drzewa wielkie, skalne iglice. Znaczna większość głazów miała swoje nazwy. Niezwykłe, jak Chińczycy potrafią dopatrzeć sie w kawałku kamienia podobieństwa do np. "Żaby czekającej na pełnię księżyca" lub "Starego lekarza zbierającego lecznicze zioła"... Nie dość, że nazwy były za każdym razem komiczne, to na dodatek fatalnie przetłumaczone i totalnie nie tak zapisane na tabliczkach! Ale do tego zdążyłem już się przyzwyczaić, jest nawet słowo dla swoistego chińskiego Angielskiego - "Chinglish", a tabliczki w Skalnym Lesie są, jak dotychczas jednym z najlepszych tego przykładów jakie widziałem. Naszym ulubionym kamieniem zastał "The fairy sheep hopes the country" (w wolnym tłumaczeniu na polski - "Wróżka owca ma nadzieję na państwo" czy jakoś tak), ani Colin ani ja nie mogliśmy zrozumieć co miał autor tej nazwy na myśli...

Dalszy ciąg relacji z wycieczki wkrótce. Ze spraw bieżących - pracuję teraz na pełen etat, dwie lekcje po 2,5 godziny dziennie. Rano - poziom 2, po południu - poziom 3 (są 4 poziomy zaawansowania). Lekcje są całkiem fajne, ale dość męczące, a przygotowania zajmują znacznie więcej czasu niż sobie to wyobrażałem. Brakuje mi jeszcze doświadczenia, ale mam nadzieję, że z czasem wypracuje jakieś swoje metody i będzie to zajmować mniej czasu. W klasie porannej miałem ostatnio zabawną sytuację - uczniowie mieli podyskutować w parach o ich ulubionych zwierzętach ("Jakie jest Twoje ulubione zwierzę"). Gdy podszedłem do dwojga z nich, jeden odpowiedział, że świnia, bo lubi mięso świni. Jego partnerka powiedziała natomiast "Beer dog" (piwny pies lub pies w piwie). Nie wiedziałem za bardzo co to jest, więc się dopytałem - jak się okazało to nazwa jej ulubionego dania...