Z miejsca gdzie mieszkam do centrum miasta idzie się może około 15 minut.
Ponad miesiąc temu zmieniłem pokój, mieszkam teraz w budynku dla nauczycieli i pracowników szkoły. Dom jak każdy inny w Chinach - segment w długim szeregowcu, wysoki na bodaj 5 pięter. Na parterze duża klatka schodowa z miejscem na motory i rowery (u nas jest tego akurat całkiem sporo), obowiązkowy dystrybutor z wodą do picia, i pokój, w którym mieszka jedna z dziewczyn pracujących w szkole. Nie rozumiem za bardzo chińskiej myśli budowniczej, bo wszystko, oprócz małego pokoiku, który zajmuje, jest na klatce schodowej. Taki na przykład zlew i lustro (normalnie w zamkniętej łazience) są po prostu na jednej ze ścian na klatce, także często mijam ją myjącą się, gdy idę do siebie... A wystarczyło by wstawić tam jedną ścianę... Nasz dom nie jest bynajmniej odosobnionym przypadkiem - tak jest wszędzie. Parter, który wygląda jak klatka schodowa, jest w rzeczywistości własnością ludzi którzy na nim mieszkają, także często "klatki schodowe" są w pełni umeblowane, a wchodząc do budynku, ma się wrażenie, że przechodzi się przez czyjeś mieszkanie. Co mnie również zastanawia, to kompletny brak kuchni w mieszkaniach. Wydaje mi się, że Chińczycy jadają głównie poza domem - wszędzie jest pełno tanich knajp, gdzie serwują ryż i smażone warzywa z mięsem. Ostatnio było tutaj naprawdę duszno - wilgotność powietrza przekracza wówczas wszelkie normy przyzwoitości, ubranie klei się do ciała, a prysznice niewiele pomagają, bo nawet niewielkie ilości potu nie chcą wyparować z powierzchni skóry. Na naszej klatce schodowej wszystko robi się momentalnie mokre, woda z powietrza skrapla się na wykafelkowanej powierzchni, spływa i tworzy olbrzymie kałuże na schodach i korytarzach, ściany i drzwi pokrywa rosa. Mój budynek znajduje się tuż obok boiska do koszykówki - Chińczycy mimo niewielkiego wzrostu szaleją za tym sportem, prawie codziennie, bez względu na pogodę, widać grupki odbijające piłkę.
Wilgoć w powietrzu już na niewielkiej wysokości tworzy chmury, które zakrywają wierzchołki zielonych wzgórz, wznoszących się ponad dachami domów. Lekki deszcz zrasza moją głową, nie wiem czy otworzyć parasol, czy nie - przecież prawie go nie czuję, więc nie ma po co, ale z drugiej strony, za parę minut wszystko na mnie będzie wilgotne, niczego i tak tutaj nie wysuszę i będę musiał łazić w mokrych rzeczach... Wracam i biorę parasol... I idę z tym parasolem jakoś tak się dziwnie czując - w Polsce przy takiej mżawce zakładamy czapkę i jest dobrze, wchodzimy potem na chwilę do ciepłego pomieszczenia i po chwili wszystko suche. Tutaj, jeśli ubranie zmoknie raz, będzie takie jeszcze baaaardzo długo.
Mijam boisko, dalej krótka uliczka z małymi sklepikami. Do dziś nie wiem, co dokładnie mieści się w jakim lokalu, bo gdy tędy przechodzę, za każdym razem otwarty jest inny. Widziałem już tam coś na kształt malutkiej szkoły, z malutką tablicą, malutkimi biurkami i krzesełkami i malutkimi ludźmi w nich siedzącymi oraz całkiem duża panią, zapewne nauczycielką. Nie mam pojęcia natomiast czego oni tam uczą... W sklepiku tuż obok można dostać różowe piórniki, seledynowe tornistry i turkusowe buciki z lampkami, małe, plastikowe organki grają okropną melodię przez cały czas, a dzieci kupują te wszystkie kolorowe teletubisiowo-myszko-mikowe gadżety zaraz po wyjściu z pobliskiej szkoły. W kolejnym lokalu od czasu do czasu widać panią ze starą maszyną do szycia i bele materiału. Dalej - czasem otwarty zakład fryzjerski i zawsze zamknięty salon kosmetyczny. Po chwili słyszę "Hello!" i widzę uśmiechniętego Chińczyka z nieodłącznym papierosem przyklejonym do dolnej wargi unoszącego rękę w pozdrawiającym geście. To "Hello Guy" (Pan Hello), który prowadzi sklepik (ten dla odmiany jest zawsze otwarty) gdzie zaopatrują się wszyscy mieszkający w pobliżu obcokrajowcy. Jego wiecznie uśmiechnięte usta ukazują naszym oczom szpaler szarych zębów tkwiących w krwisto-czerwonych, spuchniętych dziąsłach pokrytych obręczą popalonych przez papierosy warg. Ten przedsiębiorczy człowiek opracował świetną metodę na przyciągnięcie do siebie obcokrajowców - w odróżnieniu od innych Chińczyków jest zawsze pogodny, lubi sobie pogadać no i nauczył sie paru słów po angielsku. Za każdym razem doskonale wie czego chcę - gdy tylko się zbliżam pyta "Jołgert?", "Koul Bir?", "Koka kola? koul?", "milk-e?" itd. PR pierwsza klasa! Poza tym, gdy niosę coś z innego sklepu i wracając wstąpię do niego, przegląda mi siatki - po paru dniach ma to wszystko u siebie. Ciekawy jest fakt, że tuż obok jest inny sklep i tak na oko z nawet lepszym asortymentem, ale nigdy tam nie kupuję...
Za rogiem skręcam w prawo, mijam słup elektryczny wbity w sam środek skrzyżowania i idę dalej. Mrowie dzieciaków w jednakowych, żółtych czapeczkach z pobliskiej szkoły zalewa ulicę. Czekają już na nie rodzice na motorach, skuterach i rowerach. Wydaje się, że Chińczycy nie mają zbyt wielu samochodów osobowych - na ulicach widać w większości autobusy, busiki i minivany no i wszelkie jednoślady. Na jednym z motorów widać przedziwną konstrukcję, na której zawieszonych jest kilka sporych butli z gazem. Pojazd zmierza do pobliskiego zakładu, gdzie ponownie napełnia się takie pojemniki - Chińczycy powszechnie korzystają z gazu, ale w naszym mieście, jak wszędzie na prowincji, nie ma sieci gazociągowej. Prawie połowa lokali, które tutaj mijam to tanie knajpy, gdzie podstawowym jedzeniem są różne warzywa smażone w woku z odrobiną mięsa i tony ryżu. Takie danie kosztuje około 5 yuanów, czyli mniej więcej 1.50 zł. Oczywiście prawie w każdym sklepie jest telewizor nadający chińskie filmy kung-fu lub tutejsze opery mydlane. Idąc dalej - wyśmienita piekarnia, która byłaby jeszcze lepsza, gdyby można było kupić to zwykły chleb. Od czasu przyjazdu do Chin chleb z masłem jadłem tylko raz, a wydarzenie to celebrowałem niczym posiłek w paryskiej restauracji. Pewnego razu nieopodal tejże piekarni napotkałem zdechłego szczura na chodniku, ale nie zraziło mnie to bynajmniej od zaopatrywania się tam - mają świetne babeczki bananowe. Sklep obok - na półkach tanie, obrzydliwe baijo, stosy petard tworzących małe bomby i pan ekspedient spokojnie palący papierosa...
Docieram w końcu do skrzyżowania z jedynymi w mieście światłami drogowymi, które tutejsi traktują raczej jako sugestię niż jakikolwiek nakaz. Na rogu szereg motocykli gotowych do odjazdu - tutejsze taxówki, dojazd do centrum za 3 yuany (niecałe 1 zł). Przechodzę skrzyżowanie na czerwonym świetle, razem z paroma skuterami, autobusem i radiowozem policyjnym. Dalej idę skrótem - uliczką biegnącą wzdłuż kanału. Otwierają się tylne drzwi jednej ze smażalni i ktoś rzuca na ziemię okrągły, czerwony kloc który natychmiast rozsypuje się niczym krucha cegła. To wypalony brykiet/koks czy coś podobnego. Zrobione jest chyba z węgla, bo przed użyciem jest czarne i używają tego do palenia w piecyko-koksownikach na których trzymają pojemniki z ryżem, wywarem, pierogami i wszelkimi innymi daniami. Uliczka, którą idę wydaje się być usypana z pozostałości po takim paliwie. Rozdeptuję do reszty te czerwone zgliszcza i idę dalej. Po paru metrach natrafiam na swoistą sortownię śmieci - kilka kobiet układa plastikowe butelki, puszki, papier i inne dające się przetworzyć i co najważniejsze, sprzedać, rzeczy w stosy, które po chwili lądują na trójkołowym rowerze przywiązane do niego niepewnie wyglądającym sznurkiem. Kawałek dalej wchodzę już na główną drogę w mieście. Jednym z moich ulubionych miejsc jest sklep komputerowy, w którym można kupić także tanie buty, a sprzedawczynią jest starsza pani niańcząca małą wnuczkę. Potem jeszcze przystanek u "Dumpling Kinga" Króla Pierogów, których koszyk kupuję i zjadam na miejscu za około 1 zł. Do tego jeszcze troszkę zupy za darmo (jestem tu prawie codziennie), płacę i lecę dalej, do centrum, na jakieś piwo, spotkać się i pogadać ze znajomymi, dowiedzieć się czegoś nowego o świecie...