poniedziałek, 25 lutego 2008

Niski, brudny, okrągły stół, wokół śmieszne krzesełka jak z przedszkola. Na środku stółu elektryczny palnik, jak sie za chwilę okaże zepsuty. Na palniku spory garnek. Parę metrów dalej jezdnia, doskonale słychać wszystkie dźwięki ulicy - brak jednej ze ścian stanowi jednocześnie drzwi i okna dla całego lokalu, stoły są na poziomie ulicy. Pogoda marna, deszcz wdziera się momentami do środka popychany podmuchami wiatru. Przy stole sześcioro Chińczyków i ja. W garnku specjał tutejszego zakładu - kura. Próbujemy włączyć podgrzewacz - nic z tego. Pani w zatłuszczonym fartuchu przynosi kolejny - działa! Oczekując na zagotowanie się zawartości garnka, rozmawiamy o ostatnim tygodniu, o pogodzie, dwóch nowych uczniów zadało mi oczywiście klasyczne pytania dla obcokrajowców - czy umiem jeść pałeczkami i czy mam dziewczynę. Po paru minutach nad stołem zaczęła unosić się para - jeszcze tylko porcja ryżu z pojemnika pod ścianą i można wyławiać kawałki kury. Móje pierwsze podejście okazało się nadzwyczaj szczęśliwe - między pałeczkami znalazł się fragment kurzej głowy, którą można było łatwo rozpoznać po dziobie i "grzebieniu" z drugiej strony... Na mojej twarzy pojawił się grymas, który pozostali biesiadnicy przywitali gromkim śmiechem. Moja reakcja była zupełnie bezwarunkowa, całe szczęście wszyscy tutaj uważają raczej za zabawny niż obraźliwy fakt, że obcokrajowcy reagują tak na pewne elementy ich kuchni. Dałem wszystkim dość dobitnie acz delikatnie do zrozumienia, że nie włożę tego do ust (nie chodziło tutaj bynajmniej o odrazę - tam po prostu nie było co ogryzać), więc najbliżej mnie siedzący kolega przejął to trofeum, aby po chwili spędzonej w jego ustach, wylądowało na stole bez skóry i "grzebienia"... Warto dodać w tym miejscu, że Chińczycy wszystko to, czego nie mogą pogryźć i połknąć wypluwają na stół tuż obok miseczki, z której jedzą. Ponownie zanurzyłem pałeczki w garnku, oczekując, że może tym razem trafi się jakiś kawałek mięsa, pierś, skrzydełko czy coś takiego, ale jedyne co wyłowiłem to kawałek kości, który odłożyłem na stół. Byłem troszkę zdezorientowany całą tą sytuacją, lecz po kilku próbach zdałem sobie sprawę, że w środku nie ma ani jednego kawałka mięsa, tylko same kości i wnętrzości! Najlepsze co mi się trafiło to żołądek i gotowana krew. Nie muszę chyba mówić, że obie kurze stopy też gdzieś tam były... Podczas gdy zapychałem sobie żołądek ryżem i gotowanymi warzywami, nie mogłem wyjść z podziwu dla zapału z jakim pozostali ludzie ogołacali te szczątki ze skóry, żył, chrząstek i wszystkiego tego czego z całą pewnością nie można nazwać mięsem. Na dodatek maczali to wszystko w piekielnie ostrym sosie chilli, którego oni zużywali całe spodki, a ja nie byłem w stanie nawet tknąć. Zjadłem wszystkie warzywa, pare misek ryżu i ciągle byłem głodny - tak zakończyła się moja niedzielna kolacja...

Sobotni wieczór był za to zupełnie inny. W ogóle ten dzień zaczął się bardzo przyjemnie - zaraz po śniadaniu wybraliśmy się na jedno z tutejszych wzgórz, z którego rozciągał się niesamowity widok na okolicę. Towarzyszyło mi troje Amerykanów (strasznie ich tutaj dużo się ostanio zjechało) - Mark, Larry i Laura. Larry to człowiek wybitnie zabawny, raz, że po prostu gada śmieszne rzeczy, a dwa, że jest książkowym przykładem metroseksualisty. Pochodzi z Florydy, gdzie pracował jako masażysta, ale od paru lat mieszka na Hawajach, gdzie pracuje na statku rejsowym, na którym prowadzi salon SPA. Ma tlenione włosy, lubi różowe koszulki, jest niewymownie uprzejmy, wszystko go ekscytuje albo co najmniej podoba i za wszystko dziękuje. Pewnego dnia wybrał się z jedną dziewczyną do miasta, bo chciał kupić krem do twarzy - spędził przy półkach godzinę wybierając odpowiedni krem do jego cery. Innym razem rozmawiał z dziewczynami o kremach, żelach i tonikach (zna się na tym, bo używa słów, które tylko kobiety rozumiały), próbując dobrać odpowiednią markę do indywidualnych potrzeb każdej z nich. Świetny numer wykręcił też ostatniego dnia - prawie spóźnił się na samolot, bo kiedy przyjechał po niego samochód, który miał go zabrać na lotnisko, on brał w tym czasie prysznic przez dobrych pare minut "zupełnie nie wiedząc, że jest tak późno". :) W drodze na górę co chwila musieliśmy na niego czekać, bo robił częste przystanki żeby popatrzeć albo na widoki (muszę przyznać - były naprawdę piękne) albo na roślinki (ładne, ale nic specjalnego). Podbiegał do nas potem z z błogim wyrazem twarzy, z jakimś liściem w ręku "Popatrzcie jaka niezwykle piękna roślina!". No kupa śmiechu w każdym razie. Tego dnia było naprawdę gorąco, chyba prawie ze 30 stopni, namęczyliśmy sie troche, ale było warto. Widok wspaniały, nieporównywalny z niczym innym!
Wieczorem tego dnia w szkole organizowany był grill dla nowych uczniów i nauczycieli. Dużo dobrego jedzenia i darmowe piwo zrobiło swoje.
Narazie tyle, jak znajdę trochę czasu i nie złapie mnie leń napisze więcej.




niedziela, 17 lutego 2008

Zaczęło się

Oj działo się, działo! Miniony tydzień był bardzo pracowity, przyjechało dużo nowych ludzi - głównie nauczycieli, żeby odbyć szkolenie, poznałem moich uczniów, zostałem "pseudo-wyszkolony" jak uczyć Chińczyków angielskiego, i byliśmy całą grupą na wycieczce w przepięknym miejscu. Ale po kolei.
W niedzielę rano zapukał do mojego pokoju nieznajomy osobnik rasy białej z wyraźnie amerykańskim akcentem. Powiedziano mu, żeby poprosił mnie abym pokazał mu z grubsza miasto i poopowiadał co i jak. Okazało się, że przyjechał tego dnia ok 6 rano do Yangshuo i dostał przydział w pokoju tuż obok mojego. Poszliśmy coś zjeść, przy okazji przeszliśmy się po miesćie - Peter mieszka i studiuje medycynę w USA, New Jersey, do Chin przyjechał prosto z Afryki gdzie miesiąc temu wszedł na Kilimandżaro. W zeszłym roku pracował 3 miesiące w Boliwii jako wolontariusz ucząc angielskiego. Niezłe CV jak na 20-latka. Przyjechał do Yangshuo odbyć szkolenie, za tydzien wyjeżdża na północ w okolice miasta Xi'an gdzie zamierza spędzić 5 miesięcy.
Poiedziałek był pierwszym dniem po przerwię świątecznej, wszyscy uczniowe już wrócili, zaczęła się praca.
Szkoła, w której pracuję, nazywa się Owen College. Owen College jest częścią pomysłu pewnego Chinćzyka - Owena Buckland (jego chińskie imię brzmi inaczej, a to jest raczej takim imieniem biznesowym). Człowiek ten postanowił, że zacznie sprowadzać ludzi, którzy mówią po angielsku z zagranicy, żeby uczyli Chińczyków. Zawarł umowę z publicznymi szkołami w różnych miejscach w Chinach, że będzi im dostarczał nauczycieli języka angielskiego z poza Chin. Cały myk polega na tym, że tym nauczycielem może być absolutnie każdy, kto jest najlepiej rasy innej niż żółta i mówi przyzwoicie po angielsku, oferta jest skierowana głównie do ludzi z krajów, w których mówi się po angielsku. Nauczyciele przyjeżdżają do Yangshuo, tutaj przechodzą kilkudniowe szkolenie, a potem są wysyłani w różne zakątki Chin, do szkół, z którymi Bucklandgroup ma podpisaną umowę. Bucklandgroup to nazwa firmy zajmującej się naborem nauczycieli na potrzeby szkół publicznych. Owen College jest z kolei szkołą prywatną, uczą się tu osoby powyżej 18 r.ż., a za naukę muszą płacić i to bardzo dużo. Ale chętnych nie brakuje, tym bardziej że szkołą ma dobrą opinię. Pan Owen jest niezwykle majętny, zarabia świetne pieniądze na kontraktach ze szkołami, a poza tym oferuje możliwość założenia filii Owen College na zasadzie franchisingu. Wciągnął w ten biznes również swoich trzech braci, każdy z nich ma swoją szkołę, nie wchodzą sobie w drogę ani nie konkurują ze sobą bo oferta każdej ze szkół skierowana jest do innych ludzi np tylko do dzieci. Lokalizacja szkoły w Yangshuo jest plusem dla Chińczyków - nie ma chyba w kontynentalnych Chinach bardziej "zachodniego" miasta, gdzie można bardzo swobodnie posługiwać się językiem angielskim i poznać tak wielu obcokrajowców.
Od niedzieli aż do teraz, prawie codziennie pojawiał się ktoś nowy, żeby odbyć szkolenie. Ja jako jedyny zostaję w Yangshuo, cała reszta wyjeżdża w Prawdziwe Chiny, gdzie będą jedynymi białymi w okolicy - muszę przyznać, że to też musi być niezwykłe doświadczenie... Przyjechały dwie dziewczyny z Kanady (zresztą z miasta Winipeg, gdzie mam rodzinę - jaki ten świat mały), dziewczyna z Australii i sporo ludzi ze Stanów (w tym dziewczyna, która przyjechała tutaj z Afryki gdzie pracowała rok z chorymi na AIDS). Oprócz mnie, Europę dumnie reprezentuje jeszcze Francuzka, ale ona jest tutaj wolontariuszką programu V.E.T., o którym pisałem co nieco wcześniej. Nareszcie zaczęło sie jakieś życie w tym miejscu! No i codzienne posiłki w szkole - śniadanie, lunch i obiad za darmo! :)
W poniedziałek zostałem poproszony, żebym pouczył trochę jednego Chińczyka indywidualnie przez parę godzin. Niezwykle sympatyczny, 32-letni facet z ewidentą chorobą przyzębia (zresztą wszyscy to tu mają...), po uniwersytecie i po 7 latach nauki angielskiego - umiał pisać, ale KOMPLETNIE nie umiał mówić w tym języku! Przez ponad 5 godzin, które z nim spędziłem, ćwiczyliśmy jak wymawiać kilka słów po anglielsku. Żmudna robota muszę przyznać. Na szczęście poznałem już uczniów, z którymi będę pracował - większość mówi w miare zrozumiale, więc nie będzie tak źle.
W środę zaczęło się szkolenie. Prowadzi je zawsze pewna starsza Kanadyjka - osoba dwulicowa i fałszywa do bólu, której nikt nie lubi.. No ale cóż, tak to już bywa. Spodziewałem się, że nauczę się czegoś ciekawego, czegoś co mi się przyda. Ale całe szkolenie skierowane było do nauczycieli, którzy będą pracować w szkołach publicznych - lekcje po 45 minut, dużo różnych klas, praca z dziećmi, klasy 60 osobowe i więcej (tak to wygląda w Chinach). Ja natomiast będę widział codziennie tą samą grupę ok 10 dorosłych osób na lekcjach 2,5 godzinnych, a więc zupełnie inna praca. Szkolenie byłoby jeszcze do zniesienie, gdyby nie osoba prowadząca - nie mogłem tam wysiedzieć i słuchać z poważną miną tego co ona mówiła. Nie da się nawet opisać, jak wygląda 60-letnia kobieta zachowująca sie jak dziecko uważająca, że ma misję do spełnienia, uwielbiająca kiedy włazi się jej w d... , bo przecież ona jest największym ekspertem od nauczania i one wie najlepiej. Przykre. Mam tylko nadzieję, że uda mi się ją ignorować jak najdłużej bez żadnych konsekwencji. Szkolenie w każdym razie okazało się dla mnie praktycznie bezużyteczne, na szczęście poznałem już Eda - Filipińczyka, który pracuje tutaj od 4 miesięcy, dał mi parę rad co robić z lekcjami. Trochę się denerwuję, ale myślę, że jakoś to będzie.
Ed to również bardzo ciekawa osoba - pochodzi z południowych Filipin, wygląda jak Chińczyk i mówi DOSKONALE po angielsku. Do Yangshuo trafił raczej przez przypadek z Honk-Kongu, gdzie szukał pracy. Pracował już parę lat jako nauczyciel angielskiego na Filipinach, ale w HK nikt nie chciał zatrudnić Azjaty. Udało mu się w Yangshuo, ale mówi, że i tak jest traktowany jako nauczyciel drugiej kategorii. Nie wiedziałem tego wcześniej, ale jak się okazuje Filipiny za sprawą kolonializmu stały się enklawą kultury zachodniej w Azji - angielski jest drugim językiem urzędowym a katolicyzm powszechny prawie jak w Polsce. Ed jest zresztą bardzo gorliwym katolikiem, a jego angielski wydaje się być lepszy niż Amerykanów. Pracuje tutaj w dwóch szkołach, popołudniami w Owen College, a rano w innej. Myśle, że za jakiś czas zrobię podobnie, bo wygląda na to, że przez kilka miesięcy będę zatrudniony tylko na pół etatu w Owen College.
W sobotę pojechaliśmy na wycieczkę do Xingping, przepięknie położonego miasta niedaleko Yangshuo. Jechali wszyscy uczniowie i świeżo przybyli "zachodni". Do miasta dotarliśmy autokarem. Ale oczywiście w Chinach autokary nie są takie, jakie je znamy. Wyglądają może podobnie, ale obowiązują trochę inne zasady ich "obsługi". Po pierwsze, liczba miejsc siedzących nie równa się liczbie osób, jakie można zabrać do środka - zawsze przecież można dostawić plastikowe taboreciki w przejściu i upychać ludzi. Dopóki pojazd się porusza nie ma problemu. Po drugie, jakkolwiek brzydki i stary nie byłby ten autokar, musi mieć zainstalowany telewizor z chińskimi filmami karate albo chińskimi piosenkami karaoke. Filmy są żałośnie śmiesznie, a piosenki kiczowate, nawet bez rozumienia o czym mówią czy śpiewają, ale Chińczycy je uwielbiają. Po trzecie, nieważne jaka jest droga - trzeba jechać szybko, wyprzedzać co się da i każdy manewr sygnalizować potężnym i długim klaksonem albo mruganiem długimi światłami (tak samo było gdy jechałem sypialnym autokarem, tak samo było gdy jechałem do Guilin). Po prostu - Chiny! :)
Grupa uczniów jest bardzo zabawna, większość z nich jest w moim wieku lub nieco starsza. Mimo wieku, zachowują się jak małe dzieci. wycieczka - 50 yuanów, prowiant na drogę - 10 yuanów, widok 28-letniego Chińczyka śmiejącego się jak 6-o latek z autyzmem - bezcenne!! To jest naprawdę niesamowite, jak bardzo infantylnie mogą się oni zachowywać. Jest to rozbrajające i daje dużo pozytywnej energii. Zabawny jest też sposób, w jaki traktują białych, zwłaszcza nas, z którymi mogą pogadać i bliżej się poznać. Nie powiem, czasami czułem się jak gwiazda! :D
Na miejscu weszliśmy na wzgórze, z którego rozciągał się przepiękny widok na rzekę Li i skalne kopce ciągnące się po horyzont. Obrazek ilustrujący to miejsce, jest na banknocie 20-o yuanowym. Niestety pogoda nie była rewelacyjna, było ciepło, ale spodziewaliśmy się błękitnego nieba, a niestety chmury całkiem zasłaniały słońce. Potem przeszliśmy się kawałek, zjedliśmy lunch w małej knajpce nad rzeką - jedną z potraw był kurczak w potrawce, łącznie z nogami i wszystkimi kośćmi. W trakcie jedzenie, miała miejsce zabawna sytuacja - do Australijki Milly, podszedł sędziwy pan wiadomej narodowości i zrobił sobie sobie z nią zdjęcie - Milly jest nadzwyczaj wysoka nawet według naszych standardów, a w tym kraju jest prawdziwą sensacją. Po jedzeniu popłynęliśmy kawałek w dół rzeki na bambusowych tratwach - tak niezwykłej scenerii nigdy nie widziałem! Po paru minutach wysadzono nas na brzegu, od razu obleciała nas chmara starszych, zgarbionych kobiet próbując nam wcisnąć jakieś owoce i gorące przekąski. Stąd do miasta wróciliśmy piechotą. Potem czekała nas jeszcze krótka, acz bogata w wrażenia przejażdżka "taxówkami" na parking, gdzie czekał na nas nasz szalony autokar. Za taxówki robiły budy przymocowane do jakiegoś niby-motoru, jazda w takim pudle po chińskich wertepach jest naprawdę niezapomniana! :)) Ku uciesze uczniów, nauczyłem się też pierwszej linijki bardzo popularnej chińskiej piosenki, podobno nawet dobrze wszystko wymawiam ;)
Dziś pogoda popsuła się do reszty - cały dzień pada i znowu zimno. Na śniadanie poszedłem do pobliskiej taniej jadłodajni - w rozmówkach pokazałem pani, jakie chcę mięso, palcem pokazałem jakie warzywa, i za równowartość trzech złotych najadłem się do syta :) Jutro po południu pierwsza lekcja, sam jestem ciekaw jak to sie dalej wszystko potoczy...






sobota, 9 lutego 2008

Cuda wianki

W środę byliśmy na obiedzie w restauracji syczuańskiej - baaardzo dobre jedzenie, potrawy dość niespotykane, jadłem parę rzeczy, których nazwy nawet nie pamietam, ale wszystko było naprawdę świetne. Potem oglądaliśmy nad rzeką fajerwerki. Lecz prawdziwa kanonada zaczęła się o północy. Czułem się jak na linii frontu - huk, błysk i drżenie ścian! Dla Chińczyków bowiem fajerwerki mają być przede wszystkim głośne, im większy hałas tym lepiej. Tak jak już od kilku dni słychać było, że ten front się zbliża, tak w środę o północy myślałem, że pod moim oknem stoi dywizja pancerna! Szaleństwo!
Następnego dnia poszedłem jak zwykle na miasto coś zjeść i sobie pochodzić. Trochę pustawo, ale wiadomo - święta. Zjadłem, poszedłem do sklepu z płytami DVD kupić coś do oglądania na wieczór, wchodzę, a tam na środku sklepu rozłożony taki niski, okrągły stół, na środku jakieś jedzenie, cała rodzina sobie siedzi i zajada. Patrzą na mnie, ja na nich, nie wiedziałem czy przeszkadzam, czy wręcz przeciwnie. Powiedzieli "Hello!", powiedziałem "Hello!" i ja, uśmiechnąłem się i zacząłem szperać w filmach. Znalałem co chciałem, pani ekspedientka wstała od stolika, skasowała mnie, podziękowała, podziękowałem ja również, podziękowała rodzinka i wszyscy mi na koniec "Bye bye!" wykrzynęli. Gombrowicz by tego lepiej nie wymyślił! :))
Teraz trwa tutaj Festiwal Wiosny (obchody Chińskiego Nowego Roku). Dziś (sobota) zbudziły mnie rano, jak zwykle, wybuchy petard, ale towarzyszyła im jeszcze jakaś kocia muzyka i walenie w bębny. Myślę sobie, że to pewnie ta parada, która miała być jakoś na dniach. Hałas ten ewidentnie się przemieszczał, słychać było jakieś głosy ludzkie. Główna ulica jest parę zakrętów od mojego domu, ale pewnie skoro to parada, to chodzi też innymi uliczkami. Wyjrzałem za okno i słyszę, że się zbliżają. Hałas niemiłosierny, spodziewałem się co najmniej pochodu na miarę naszego Bożego Ciała. Najpierw zza rogu wyłoniła się młoda Przodowniczka Pracy w wielką flagą Chin w dłoniach, uroczyście i z dumą nieskrywaną ją niosła. Tuż za nią pojawiły się dwa, czerwono-złote smoko-lwy wijące się w jakimś pseudo tańcu. No, nieźle się zaczyna, zobaczymy co dalej. Dalej pan ciągnie na wózku głośniki, z których sączy się orientalny podkład, a pan obok wybija na bębnie rytm. I już czekałem na te chmary ludzi, na jakiegoś partyjnego aparatczyka w szatach narodowych z tutejszą Hostią w dłoniach, na piękne dzieci chińskie z czerwonymi kwiatami w dłoniach!... a tu wybiega garstka miejscowych z petardami, odpalają, rzucają, śmieją się, hałasu narobią i... to wszystko. :| Żadnego pospolitego ruszenia, nic. A już chciałem tam na dół biec i częścią tego folkloru stać się.
Ciągle nie mogę się przyzwyczaić do tutejszych kibelków... Nie są to bowiem nasze kochane, cywilizowane sedesy, lecz dziury w podłodze! :( Takie toalety są wszędzie! Nawet w takiej enklawie Zachodu, jaką jest Yangshuo, praktycznie w każdej knajpie jest taki "przyziemny system sedesowy"... Niektórzy z obcokrajowców, którzy siedzą tu na stałe, zaszaleli i zainstalowali u siebie normalny sedes, z piękną klapą, deską i spłuczką, będący miejscem kontemplacji i lektury nie gorszym od obitego skórą fotela. A u mnie - takie toto upokarzające Coś w podłodze... Na dodatek ten wychodek służy również jako odpływ dla prysznica. Pomijam fakt, że gdy takie np. mydło wymsknie się z rąk i nie daj Boże tam wpadnie, to już w ogole kaszana, bo ani tego wyjąć się nie da, ani spłukać w obawie przed zapchaniem. W pokoju mam też telewizor, całkiem urodziwy nawet, ale kanały wszystkie po chińsku, oprócz jednego - CCTV 9 - jedyny kanał informacyjny w Chinach po angielsku. Zajmuje mnóstwo miejsca na szafce, a włączyłem go póki co tylko raz w nocy - leciał program o meblach. Zdesperowany wszechogarniającą mnie nudą nawet go oglądałem - niesamowite, ile można gadać o krzesłach z dynastii Ming!
Zresztą nie tylko toalety są tu inne - wszystko jest inne. Chińczycy bardzo lubią handel. Sprzedają i kupują wszystko co się da. Nie ma tu jeszcze dużych hipermarketów, jak u nas, a królują małę sklepiki prowadzone przez właścicieli. W większości z nich można kupić mase pierdół potrzebnych i niepotrzebnych, mydło i powidło, a otwarte są codziennie od rana do późnego wieczora. W ogóle nie widać, żeby było to państwo komunistyczne, raczej kojarzy mi się z tym co się działo w Polsce na początku lat 90'. Ciekawy jest widok, gdy taka ładna chińska pani, wraca z zakupów, w jednej ręce trzyma siatki a w drugiej np kurę albo kaczkę. Żywą! Najświeższe mięso jakie widziałem. :) Z drugiej strony, nie dziwie się, że to właśnie tutaj jest tak dużo zakażeń ptasią grypą - jak wiadomo, zakażenie następuje przez kontakt z żywymi ptakami, zasadniczo "nieprzetworzonymi". A zwierzęta sprzedają tutaj najczęściej "pierwszorzędnej świeżości", zwłaszcza dużo wszelkiego drobiu. Przyjeżdża sobie taka pani, zdejmuje z roweru kosze, a w koszach kury, kaczki, perliczki i co tam chcecie. Podchodzi klient, pokazuje na kurkę, pani otwiera kosz, wyjmuje kurkę, wiąże jej nogi i daje klientowi. A już klienta sprawa, żeby sobie tego ptaka w domu zabić, oskubać i oporządzić.
Poki co nudzę się dalej, raczej wegetuję niż egzystuję. Na szczęście w poniedziałek zaczynają się zajęcia. Mnie czeka przez pierwszy tydzień szkolenie dla nowych nauczycieli, będą mnie uczyć jak uczyć. :) W końcu poznam jakichś innych nauczycieli i uczniów, będzie do kogo gębę otworzyć.

środa, 6 lutego 2008

Chiński Nowy Rok


Dziś Chiński Nowy Rok - największe święto w tym kraju. I chyba duch wielkiego Mao ruszył w końcu tyłek i wysłuchał błagań milionów towarzyszy, bo dziś nareszcie jest ciepło!!! Alleluja!! :) Wyszedlem rano na śniadanie, na ulicach puściej niż zwykle, ale za to w całym mieście słychać odgłosy wojny. To petardy. Chińczycy maniakalnie odpalają ję wszędzie gdzie się da i to w takich ilościach, że można by tym wysłać na orbitę niejeden statek kosmiczny... W sklepach są całe stosy (naprawdę nie przesadzam) fajerwerków i wszelkich materiałów wybuchowych, a niektóre wyglądają jak laski dynamitu w kolorowym opakowaniu i zapewne taką też mają siłę. Cały czas słychać wybuchy, a w powietrzu unosi się zapach siarki i spalonego papieru. Jedna petarda wybuchła tuż pod moimi stopami, aż mi w uszach zapiszczało. Totalnia rozbrajający jest widok malutkich dzieci, na oko moze 2 - 3 latka, które razem z mamusią czy tatusiem (albo i bez) odpalają lonty petard i niezgrabnie rzucają je gdzieś przed siebie. O zgrozo! :| Oczywiście sam też kupiłem sobie paczkę takich gadżetów i postrzelałem troche na ulicy ku uciesze tubylców. Najfajniejsze są takie wielkie, okrągłe paczki, w których upchniętych jest mnówstwo małych ładunków zawiniętych w czerwony papier - po odpaleniu ferii bardzo głośnych wystrzałów nie ma końca, a na ulicy zostają wielkie, czerwone pogorzeliska. Ciekaw jestem co się teraz dzieje w ambulatoriach...
Dziś wieczorem idziemy na wspólną kolację dla nauczycieli, na którą zaprasza dyrektor, a potem w mieście jest wielka parada i jeszcze więcej fajerwerków. Trochę strach wychodzić z domu, bo nigdy nie wiadomo gdzie coś wybuchnie...

niedziela, 3 lutego 2008

Życia ciąg dalszy...


Yangshuo. Tyle już czytałem i słyszałem o tym miejscu zanim tu przyjechałem, że bałem się czy aby nie nastawiam się zbyt optymistycznie... Nic podobnego! Mimo zimna, deszczu i chmur to miejsce pozostaje po prostu niesamowite!!! Yangshuo to niewielkie (jak na Chiny oczywiście) miasto - ok 200 000 mieszkańców, usytuowane na południu Chin. Miejsce to i okolica słynie z niesamowitych formacji wapiennych, które na każdym kroku wyrastają z ziemi na kształt olbrzymich, porośniętych roślinami kretowych kopców. Wyobraźcie sobie łąkę, gdzie widzicie tuż obok siebie setki takich kopczyków porośniętych trawą lub mchem, i wyobraźcie sobie że jesteście zupełnie malutcy i stoicie między nimi. Wiem, że trochę to śmiesznie brzmi, ale tak to właśnie wygląda. Wrażenie jest nieporównywalne z niczym innym! Mimo tak wielu mieszkańców, miasto wydaje się być raczej wioską niż mekką backpackersów i wszelkich turystów (którą w istocie jest!), gdyż jest bardzo rozwleczone i wije się pomiędzy wzgórzami na dość dużej powierzchni. Dominuje raczej niska i nieciekawa zabudowa, która jedynie w centrum miasta nabiera iście urokliwych cech, łącznie z pięknymi, wąskimi uliczkami, sklepikami i knajpkami.
A więc mamy unikalne na skalę światową, piękne okoliczności przyrody i przytulne centrum, które już same w sobie czynią miasto absolutnie wartym odwiedzenia. Ale są jeszcze ludzie! Chińczycy są dość ciekawym narodym, delikatnie mówiąc.. Po 4 dniach pobytu tutaj i obserwowania tych ludzi, widzę, że różnią się od nas, od naszej szeroko pojętej kultury europejskiej znacznie. Ale Chińczycy to temat na osobny wpis. :) W Yangshuo żyje również całkiem spora społeczność obcokrajowców, którzy przyjechali tutaj kiedys na trochę, a zostali na lata. Najczęściej prowadzą do spółki z chińczykami (wymaga tego prawo) lokale na mieście, lub uczą angielskiego w jednej z wielu szkół językowych, tak jak i ja będę to robić. Szczerze mówiąc, zupełnie się im nie dziwię. Życie tutaj jest czystą sielanką, miejscowi obcokrajowcy znają się dobrze, a ciągły przepływ ludzi takich jak ja, napędza tylko atrakcyjność tego miejsca, bo zawsze jest jest ktoś nowy do poznania i pogadania.
W Yangshuo wyróżnia się cztery rodzaje ludzi, ułożonych w swoistej hierarchii - miejscowi Chińczycy, miejscowi obcokrajowcy, chińscy turyści i zagraniczni turyści. Hierarchia ta ułożona jest według cen, jakich żądają miejscowi od danego rodzaju ludzi (w Chinach powszechne jest targowanie się) i tak najwyższe ceny zawsze są oferowane zagranicznym turystom, zwykle ok 300 - 500% rzeczywistej ceny (niestety zaliczam się do nich), ciut niższe ceny dla chińskich odwiedzających (miejscowi rozpoznają ich najczęściej po innym dialekcie, albo po prostu ich nie znają więc walą po kieszeni). Lokalni obcokrajowcy są powszechnie znani, gdyż nie ma ich aż tak wielu i po latach wypracowali sobie całkiem uczciwe (czytaj - chińskie, czyli nigdy do końca uczciwe) stawki, często na poziomie tych, oferowanych rdzennym mieszkańcom. Póki co, na szczęście nie musiałem się jeszcze specjalnie targować - kupuję albo w markecie, gdzie ceny są ufixowane, albo chodzę na zakupy z Michelle, ktora jest w tym doskonała i którą tutaj znają, więc jest ok. Niestety (albo stety), po wielu latach najazdu obcokrajowców, miejsce to zatraciło swój pierwotny charakter. Chińczycy generalnie gardzą białymi, mając ich za chodzące skarbonki. W knajpach oprócz chińszczyzny moża łatwo dostać typowo zachodnie dania, dużo Chinoli mówi po angielsku, w większości na poziomie komunikatywnym, wystarczającym do zrobienia zakupów, jest bardzo dużo znaków i napisów po angielsku, które ułatwiają poruszanie się i życie, ale są zupełnie nietypowe dla innych, podobnych miejsc w Chinach. Ułatwia to jednak znacznie życie przybyszom spoza Chin - wielu z białych, którzy mieszkają tutaj na stałe nie mówi dobrze po chińsku. Żyją raczej OBOK Chińczyków niż Z nimi.
Ja jestem teraz na etapie zapoznawania się z miastem, jako że zajęcia zaczynają sie dopiero za około tydzień. Nie poznałem jeszcze wielu ludzi, uczniowie powyjeżdżali na święta, część nauczycieli podróżuje lub siedzi w domach. Pogoda niestety ciągle nie zachęca do wychodzenia, więc jest trochę nudnawo. Całe szczęście mam w końcu internet w pokoju, więc kontakt z cywilizacją pozostaje utrzymany. Dziś pojechałem z Michelle do Guilin - stolicy prowincji. Musiała kupić jedzenie dla swojego kota w postaci "Whiskas", którego na próżno szukać w Yangshuo, a, jak to ujęła "nię bedzie karmić swoje kota tym czym karmią je chińczycy!" - czyli ryżem :D I tak nie miałem co robić więc się przejechałem. Już na wstępie było zabawnie, bo zanim wyruszyliśmy dostałem od niej przypinkę z napisem "V.E.T. - Volunteer English Teacher". VET to organizacja stworzona i prowadzona przez Kanadyjczyka (w przyszłym tyg obchodzi 83 urodziny!), który wraz z żoną mieszka Yangshuo, do której zgłaszają się ochotnicy z całego świata żeby za darmo uczyć chińskie dzieci angielskiego w państwowych szkołach. Najczęściej są to emerytowani nauczyciele, którzy nie muszą zarabiać, bo mają swoje emerytury, a ciągle chcą uczyć. Okazuje się, że taki znaczek (który zresztą trudno dostać, sam musiałem go zwrócić) zmiękcza trochę chińskie serca i ułatwia targowanie się. Ceny biletu na autokar do Guilin zależą oczywiście od pozycji w hierarchii, i tak wahają się od 20 dla "frajerów" do 8 yuanów dla miejscowych. Sami usłyszeliśmy kilka razy 20, co od razu odrzucaliśmy, w końcu zjechaliśmy do 14, co jak mówiła Michelle nie jest uczciwe, ale w związku ze świętem jest do zniesienia. O Guilin wiele nie powiem, bo byliśmy tylko w sklepie i na obiedzie. Duże, pełne ludzi i głośne.
Niestety przez pogodę nie zawracam sobie głowy robieniem zdjęć, dlatego wrzucam parę fot z sieci i parę moich, robionych wieczorem w mieście.

sobota, 2 lutego 2008

Chiny!! || China!!


Chiny przywitały mnie deszczem...
Po bardzo przyjemnym locie wylądowałem w Hong-kongu. Pogoda niestety raczej nieciekawa - stosunkowo ciepło ale mgliście, lekka mrzawka, wszędzie czuło się wilgoć. Zgodnie ze wskazówkami, jakie dał Hostel, w którym miałem spać, wziąłem odpowiedni autobus i udałem się w podróż w stronę centrum. Jak się okazało, Hong-kong jest znacznie większy, niż to sobie wyobrażałem. Niesamowite co Brytyjczycy zrobili z tym kawałkiem ziemi w ciągu zaledwie 100 lat! Na wysepce i kawałku lądu urządzili absolutny top-end ludzkiej cywilizacji - czyste ulice, korek na drogach jak trzeba, wszyscy ludzie ciągle gdzieś biegną, drapacze chmur wszędzie gdzie się nie spojrzy, zasyfione klatki schodowe i dziwne osobniki w bocznych uliczkach... To miejsce to jedna wielka Wieża Babel, są tu ludzie z każdego chyba zakątka Ziemi, słychać mnóstwo różnych języków, zagęszczenie ludności jest naprawdę olbrzymie a budynki tak wielkie i tak gęsto obok siebie wybudowane, że praktycznie nie widać nieba. Jednak przechadzając sie tam samemu człowiek czuje sie baaardzo wyobcowany i odizolowany. Mojemu samopoczuciu alienacji zdecydowaniu dopomógł również luksusowy pokój, jaki dostałem w hostelu - obrzydliwa, malutka klitko-komórka, 1,5 metra na 3, z przykrótkim łóżkiem zajmującym ponad połowę powierzchni pokoju, burymi kafelkami i sufitem z przymocowanym niemym wiatrakiem, który ma się wrażenie, że zaraz spadnie. Pokój ten, był częścią jednego z niezliczonej ilości hosteli usytuowanych w olbrzymim wieżowcu - mrówkowcu w samiutkim centrum Hong-kongu, dzielnicy Kowloon. Najbardziej znane są dwa takie budynki - Mirador Mansion i Chungking Mansion, stojące niedaleko siebie. Z tego co wyczytałem w przewodniku, znaczna więkoszość tutejszych hosteli jest delikatnie mówiąć obskurna, no ale widać taki już urok tego miejsca. Sam Hong-kong na pewno ciekawy i wart zobaczenia, ale na samotny wypad taki jak mój, zdecydowanie jedna noc jest wystarczająca.
Następnego dnia udałem się do Shenzhen, gdzie spotkałem się z uczennicą Błażeja - Rachel, która juz wcześniej kupiła mi bilet na nocny autobus do Yangshuo. Muszę przyznać, że gdyby nie ona, to nie wiem jak bym sobie tam poradził... O ile w Honk-kongu praktycznie wszyscy mówią po angielsku, tak Shenzhen, które jest tuż za granicą, to wielka ściana, za którą NIKT nie mówi po angielsku. Wszystkie napisy w krzaczkach, więc poruszanie się jest dla obcokrajowca na pewno baaardzo utrudnione. Ale dzięki Rachel - nie dla mnie! Miałem również szczęscie , bo Rachel mówi po angielsku bardzo dobrze jak na Chinkę, więc mogliśmy sobie pogawędzić. Jak się okazuje, za kilka dni zaczyna się w Chinach Nowy Rok, w związku z czym miliony Chińczyków podróżują do swoich rodzin, żeby z nimi spędzić święta. Już w pociągu do Shenzhen było tłoczno, a na dworcu autobusowym wcale nie lepiej.. I znowu okazało się, że miałem farta, bo gdyby Rachel nie kupiła mi tego biletu wcześniej, utknąłbym w Shenzhen na dłużej. Po prostu wszelkie środki transporu mają w tych dniach olbrzymie wzięcie. Autokar, którym jechałem, był dość niezwykły. Był to autokar nocny, z miejscami do leżenia, taki autokar-kuszetka. Nie jestem wysoki, ale nawet dla mnie przeciętne chińske posłanie jest niestety za krótkie. Po drodze zatrzymywaliśmy się kilka razy na sikanie. Jako, że całą drogę padał deszcz, wszędzie było błoto, a ciemność nocy potęgowała tylko wrodzoną brzydotę i obskurność miejsc, w których stawaliśmy. Taka przejażdżka zapada w pamięć, ale chyba już jej nie powtórze..
I tak, po 14 godzinach jazdy dotarłem w końcu na miejsce!! Yangshuo! Nareszcie! Po trzech dniach - cel podróży osiągnięty!! :)
Wyszedem z autokaru. Zimno. Bardzo zimno. Miałem jechać w tropiki, a nie na Syberię! Nistety okazuje się, że kilka dni przed moim przyjazdem w rejon miasta zawitała najsurowsza zima od 1992 roku.. :/ Mieli nawet śnieg, co w tych okolicach jest niesłychane. No po prostu szczęściaż ze mnie. Zimno byłoby jeszcze do zniesienia, bo temperatury wahają się w okolicach 3-5 stopni celsjusza, ale wszechobecna wilgoć oraz cieniutkie szyby w pokojach sprawiają, że człowiek przemarza do szpiku kości. Jako, że nie znają tutaj takiego wynalzku jak kaloryfer, bo z reguły przez większość roku ochłądzają pomieszczenia niż je ogrzewają, tak zachodzi potrzeba ogrzewania pokoi powszechnymi tutaj klimatyzatorami. Niestety wiszą one pod sufitem, więc sufitowi jest ciepło, ale mi niebardzo.. :/
Póki co, powoli organizuję sobie życie tutaj. Poznałem już szefową nauczycieli w Owen College - miejscu gdzie będę pracować - bardzo sympatyczna Australijka Michelle (zresztą większość tutejszych obcokrajowców to Australijczycy) oraz dyrektora/menagera szkoły - Chińczyka Bobby'ego. Nad nimi stoi właściciel szkoły - Chińczyk Owen Buckland, którego jeszcze nie poznałem. Michelle powiedziała mi parę rzeczy na temat życia tutaj, pracy itd. Zapowiada się co najmniej ciekawie. Tylko niech w końcu będzie ciepło...

p.s. siedze tu już 3 dzień i dopiero przed paroma godzinami przestał padać deszcz, choć obawiam się, że nie na długo... w telewizji mówią o kataklizmie jakim jest atak zimy na ten rejon Chin i milionach Chińczyków, którzy utknęli na dworcach i lotniskach - odwołano podad 3 000 lotów i niezliczoną ilość połączeń kolejowych i autokarowych. Wszyscy tutaj mówią, że to praktycznie cud, że udało mi śie tutaj dotrzeć... :|

---===###===---

China greeted me with rain...
After a vary pleasent flight I landed in Hong-kong. The weather was rather gloomy - quite warm but foggy, litte rain, you could feel the moisture everywhere. According to the tips I got from the hostel I was suppose to sleep in, I took the bus and went to the center. Hong-kong turned out to be much bigger than I supposed it to be. It's incredible what the British did with this peace of land in just 100 years! On an island and a peace of land they menaged to create the absolute top-end of human civilisation - clean streets, traffic jam, people running somewhere all the time, skyscrapers, dirty hallways, and suspicious-looking blokes in the side streets... This place is like the Tower of Babel, there are peole over there from all over the world, you can hear many different languages, the density of people is enourmous and buildings so big that you can't see the sky. But walking these streets alone, you feel really isolated. I felt even more alienated when I saw my luxury room at the hostel - ugly, small storage room, 1,5 meter per 3, with short bed, gloomy tiles and dirty ceeling with a silent windmill attached to it. This room was part of one of the countless ammount of hostels situated in a big apartment building in the strict centre of Hong-kong - the Kowloon district. The most well-known are two of these buildings - Mirador Mansion and Chungking Mansion, situated nearby. According to what I've read in the guidebook, most of the hostels here are quite shitty. Hong-kong is definitely interesting and worth seeing, but for a lonely trip like mine, one night is enought.
The next day I went to Shenzhen, where I've met Blazej's student - Rachel, who already bought me the night-bus ticket to Yangshuo. I must admit, that without her help I probably wouldn't be able to do anything there... In Hong-kong everybode speaks english, but Shenzhen is like a wall behind which NOBODY speaks english. All the signs are in chinese, and getting around is very difficult or even impossible for a stranger. But fortunately I've got Rachel! I was lucky too, because Rachel speaks english very fluent so I was finally able to chat with somebody. In few days there's a Chinese New Year (called The Spring Festival), due to which millions of Chinese travel to spend these days with there families. The train to Shenzhen was quite crowded, and it wasn't better on the bus station... But was I was lucky again, cause Rachel bought me a ticket few days earlier. If not that, I would have got stuck in Shenzhen for longer :/ The bus I took was quite interesting. It was a night bus, with sleeping places, a sleeper. I'm not a tall preson, but even for me the avarege chinese bed is too short. We stopped few times on the road to take a piss in really awful and ugly places, which where even more ugly and dirty at night and in the rain. Such journey is truly something to remember, but I don't think I'll ever do it again...
And so, after 14 hours I reached Yangshuo!! Finally!! After 3 days of travelling I reached my destination! :)
I steppes out of the bus. Cold. Very cold. I was suppose to go to tropical place, not Siberia!! Unfortunately, it seems that just few days before my arrival the most dramatic winter in years invaded the city area... :/ It was even snowing few days before, which is very unusual here. Who's the lucky guy? Cold wouldn't be that problem if not the moisture in the air, which makes You feel REALLY cold even when there's only about 4-5 centigrade. They don't use such thing as a radiator here, and the airconditioners are not efficient enough to heat the rooms, so it's a hard time.
I'm slowly setteling down here. I've met the head teacher at Owen College (the place I'm gonna work) - very nice Australian Michelle (most of the foreigners here are Aussies) and schools principal/menager - Bobby, who's Chinese. Michelle told some stuff about living here and the job etc. It looks like I'm going to have some good time here. Hopefully, it'll get warm soon...

p.s. this is the third day since I'm here and it stopped raining just few hours ago, but not for long I'm afraid... They say on the news about the catastrofic winter in this part of China, millions of Chinese are stuck on the airports, train and bus stations - more than 3000 flights are cancelled and many train and bus lines are closed. Everone here keep on saying, that it's almost a miracle that I was able to reach here... :|