Następnego dnia poszedłem jak zwykle na miasto coś zjeść i sobie pochodzić. Trochę pustawo, ale wiadomo - święta. Zjadłem, poszedłem do sklepu z płytami DVD kupić coś do oglądania na wieczór, wchodzę, a tam na środku sklepu rozłożony taki niski, okrągły stół, na środku jakieś jedzenie, cała rodzina sobie siedzi i zajada. Patrzą na mnie, ja na nich, nie wiedziałem czy przeszkadzam, czy wręcz przeciwnie. Powiedzieli "Hello!", powiedziałem "Hello!" i ja, uśmiechnąłem się i zacząłem szperać w filmach. Znalałem co chciałem, pani ekspedientka wstała od stolika, skasowała mnie, podziękowała, podziękowałem ja również, podziękowała rodzinka i wszyscy mi na koniec "Bye bye!" wykrzynęli. Gombrowicz by tego lepiej nie wymyślił! :))
Teraz trwa tutaj Festiwal Wiosny (obchody Chińskiego Nowego Roku). Dziś (sobota) zbudziły mnie rano, jak zwykle, wybuchy petard, ale towarzyszyła im jeszcze jakaś kocia muzyka i walenie w bębny. Myślę sobie, że to pewnie ta parada, która miała być jakoś na dniach. Hałas ten ewidentnie się przemieszczał, słychać było jakieś głosy ludzkie. Główna ulica jest parę zakrętów od mojego domu, ale pewnie skoro to parada, to chodzi też innymi uliczkami. Wyjrzałem za okno i słyszę, że się zbliżają. Hałas niemiłosierny, spodziewałem się co najmniej pochodu na miarę naszego Bożego Ciała. Najpierw zza rogu wyłoniła się młoda Przodowniczka Pracy w wielką flagą Chin w dłoniach, uroczyście i z dumą nieskrywaną ją niosła. Tuż za nią pojawiły się dwa, czerwono-złote smoko-lwy wijące się w jakimś pseudo tańcu. No, nieźle się zaczyna, zobaczymy co dalej. Dalej pan ciągnie na wózku głośniki, z których sączy się orientalny podkład, a pan obok wybija na bębnie rytm. I już czekałem na te chmary ludzi, na jakiegoś partyjnego aparatczyka w szatach narodowych z tutejszą Hostią w dłoniach, na piękne dzieci chińskie z czerwonymi kwiatami w dłoniach!... a tu wybiega garstka miejscowych z petardami, odpalają, rzucają, śmieją się, hałasu narobią i... to wszystko. :| Żadnego pospolitego ruszenia, nic. A już chciałem tam na dół biec i częścią tego folkloru stać się.

Ciągle nie mogę się przyzwyczaić do tutejszych kibelków... Nie są to bowiem nasze kochane, cywilizowane sedesy, lecz dziury w podłodze! :( Takie toalety są wszędzie! Nawet w takiej enklawie Zachodu, jaką jest Yangshuo, praktycznie w każdej knajpie jest taki "przyziemny system sedesowy"... Niektórzy z obcokrajowców, którzy siedzą tu na stałe, zaszaleli i zainstalowali u siebie normalny sedes, z piękną klapą, deską i spłuczką, będący miejscem kontemplacji i lektury nie gorszym od obitego skórą fotela. A u mnie - takie toto upokarzające Coś w podłodze... Na dodatek ten wychodek służy również jako odpływ dla prysznica.
Pomijam fakt, że gdy takie np. mydło wymsknie się z rąk i nie daj Boże tam wpadnie, to już w ogole kaszana, bo ani tego wyjąć się nie da, ani spłukać w obawie przed zapchaniem. W pokoju mam też telewizor, całkiem urodziwy nawet, ale kanały wszystkie po chińsku, oprócz jednego - CCTV 9 - jedyny kanał informacyjny w Chinach po angielsku. Zajmuje mnóstwo miejsca na szafce, a włączyłem go póki co tylko raz w nocy - leciał program o meblach. Zdesperowany wszechogarniającą mnie nudą nawet go oglądałem - niesamowite, ile można gadać o krzesłach z dynastii Ming!Zresztą nie tylko toalety są tu inne - wszystko jest inne. Chińczycy bardzo lubią handel.
Sprzedają i kupują wszystko co się da. Nie ma tu jeszcze dużych hipermarketów, jak u nas, a królują małę sklepiki prowadzone przez właścicieli. W większości z nich można kupić mase pierdół potrzebnych i niepotrzebnych, mydło i powidło, a otwarte są codziennie od rana do późnego wieczora. W ogóle nie widać, żeby było to państwo komunistyczne, raczej kojarzy mi się z tym co się działo w Polsce na początku lat 90'. Ciekawy jest widok, gdy taka ładna chińska pani, wraca z zakupów, w jednej ręce trzyma siatki a w drugiej np kurę albo kaczkę. Żywą! Najświeższe mięso jakie widziałem. :) Z drugiej strony, nie dziwie się, że to właśnie tutaj jest
tak dużo zakażeń ptasią grypą - jak wiadomo, zakażenie następuje przez kontakt z żywymi ptakami, zasadniczo "nieprzetworzonymi". A zwierzęta sprzedają tutaj najczęściej "pierwszorzędnej świeżości", zwłaszcza dużo wszelkiego drobiu. Przyjeżdża sobie taka pani, zdejmuje z roweru kosze, a w koszach kury, kaczki, perliczki i co tam chcecie. Podchodzi klient, pokazuje na kurkę, pani otwiera kosz, wyjmuje kurkę, wiąże jej nogi i daje klientowi. A już klienta sprawa, żeby sobie tego ptaka w domu zabić, oskubać i oporządzić.Poki co nudzę się dalej, raczej wegetuję niż egzystuję. Na szczęście w poniedziałek zaczynają się zajęcia. Mnie czeka przez pierwszy tydzień szkolenie dla nowych nauczycieli, będą mnie uczyć jak uczyć. :) W końcu poznam jakichś innych nauczycieli i uczniów, będzie do kogo gębę otworzyć.
4 komentarze:
Cuda nie-wianki:)
Tak...jak każdy turysta nie obeznany z kulturą wschodu hehe-odnośnie do tych kibelków w podłodze..azjaci już tak mają..nawet w Japonii w ekskluzywnej restauracji znajdziesz kibelki tego typu..Co do fotek-pierwsza klasa hehe i... gitara musi być!!;)
Czekam na kolejne wieści
A propos mydła... może trzeba się przestawić na takie w płynie:P
Cóż Paweł... ja też miałem taką cudowną dziurkę w podłodze zamiast kibelka kiedy byłem w Yangshuo. Musze przyznać że z początku również mnie ona odpychała. Jednak po pierwszych kilku tygodniach nieufności zaprzyjaźniliśmy się. Owa dziureczka jest wbrew pozorom bardziej funkcjonalna i higieniczna niż nasze "trony zadumy"!
Prawdziwym problemem jest za to kanaliza... raz udało mi się zapchać kibel w hostelu w Hong Kongu! Był to zwykły sedesik, więc potraktowałem go po europejsku (w chińskich trzeba papier wrzucać do osobnego śmietnika, co jest obleśne). Jakież było moje zaskoczenie, gdy woda i... no nie powiem co jeszcze zaczęło walić górą! Najwidoczniej zachodnie oblicze było tylko fasadą , a we wnętrzu rzeczona toaleta pozostała jak najbardziej wschodnia :) Szybko ewakuowałem się obszaru klęski żywiołowej i postanowiłem udawać, że o zajściu nic nie wiem.
Dodam jeszcze że łazienka, którą masz w Yangshuo to jak na chińskie standardy luksus. Te w Hong Kongu, czy innych wielkich miastach wschodu są cóż... mniejsze. Kibelek związany z wyżej opisaną przygodą był prostokątem o wymiarach 1 na 1,5 metra i był również łazienką (mały zlew i prysznic). Z kolesiami w hostelu śmialiśmy się że można tam jednocześnie siedzieć na klopie i brać prysznic. Podejrzewam że wschodni pęd do miniutaryzacji doprowadzi do tego, że w przyszłości będzie można całą łazienkę wraz z kiblem nosić ze sobą w kieszeni... oczywiście w tylnej :)
No wszyscy tutaj mówią, że te dziurki są bardziej higieniczne, ale ja po prostu musze na czymś siedzieć!! :))
A w moim hostelu w HK też była taka miniaturowa kiblo-łazienka. Mało wygodna delikatnie mówiąc... :D
Prześlij komentarz