Niski, brudny, okrągły stół, wokół śmieszne krzesełka jak z przedszkola. Na środku stółu elektryczny palnik, jak sie za chwilę okaże zepsuty. Na palniku spory garnek. Parę metrów dalej jezdnia, doskonale słychać wszystkie dźwięki ulicy - brak jednej ze ścian stanowi jednocześnie drzwi i okna dla całego lokalu, stoły są na poziomie ulicy. Pogoda marna, deszcz wdziera się momentami do środka popychany podmuchami wiatru. Przy stole sześcioro Chińczyków i ja. W garnku specjał tutejszego zakładu - kura. Próbujemy włączyć podgrzewacz - nic z tego. Pani w zatłuszczonym fartuchu przynosi kolejny - działa! Oczekując na zagotowanie się zawartości garnka, rozmawiamy o ostatnim tygodniu, o pogodzie, dwóch nowych uczniów zadało mi oczywiście klasyczne pytania dla obcokrajowców - czy umiem jeść pałeczkami i czy mam dziewczynę. Po paru minutach nad stołem zaczęła unosić się para - jeszcze tylko porcja ryżu z pojemnika pod ścianą i można wyławiać kawałki kury. Móje pierwsze podejście okazało się nadzwyczaj szczęśliwe - między pałeczkami znalazł się fragment kurzej głowy, którą można było łatwo rozpoznać po dziobie i "grzebieniu" z drugiej strony... Na mojej twarzy pojawił się grymas, który pozostali biesiadnicy przywitali gromkim śmiechem. Moja reakcja była zupełnie bezwarunkowa, całe szczęście wszyscy tutaj uważają raczej za zabawny niż obraźliwy fakt, że obcokrajowcy reagują tak na pewne elementy ich kuchni. Dałem wszystkim dość dobitnie acz delikatnie do zrozumienia, że nie włożę tego do ust (nie chodziło tutaj bynajmniej o odrazę - tam po prostu nie było co ogryzać), więc najbliżej mnie siedzący kolega przejął to trofeum, aby po chwili spędzonej w jego ustach, wylądowało na stole bez skóry i "grzebienia"... Warto dodać w tym miejscu, że Chińczycy wszystko to, czego nie mogą pogryźć i połknąć wypluwają na stół tuż obok miseczki, z której jedzą. Ponownie zanurzyłem pałeczki w garnku, oczekując, że może tym razem trafi się jakiś kawałek mięsa, pierś, skrzydełko czy coś takiego, ale jedyne co wyłowiłem to kawałek kości, który odłożyłem na stół. Byłem troszkę zdezorientowany całą tą sytuacją, lecz po kilku próbach zdałem sobie sprawę, że w środku nie ma ani jednego kawałka mięsa, tylko same kości i wnętrzości! Najlepsze co mi się trafiło to żołądek i gotowana krew. Nie muszę chyba mówić, że obie kurze stopy też gdzieś tam były... Podczas gdy zapychałem sobie żołądek ryżem i gotowanymi warzywami, nie mogłem wyjść z podziwu dla zapału z jakim pozostali ludzie ogołacali te szczątki ze skóry, żył, chrząstek i wszystkiego tego czego z całą pewnością nie można nazwać mięsem. Na dodatek maczali to wszystko w piekielnie ostrym sosie chilli, którego oni zużywali całe spodki, a ja nie byłem w stanie nawet tknąć. Zjadłem wszystkie warzywa, pare misek ryżu i ciągle byłem głodny - tak zakończyła się moja niedzielna kolacja...
Sobotni wieczór był za to zupełnie inny. W ogóle ten dzień zaczął się bardzo przyjemnie - zaraz po śniadaniu wybraliśmy się na jedno z tutejszych wzgórz, z którego rozciągał się niesamowity widok na okolicę. Towarzyszyło mi troje Amerykanów (strasznie ich tutaj dużo się ostanio zjechało) - Mark, Larry i Laura. Larry to człowiek wybitnie zabawny, raz, że po prostu gada śmieszne rzeczy, a dwa, że jest książkowym przykładem metroseksualisty. Pochodzi z Florydy, gdzie pracował jako masażysta, ale od paru lat mieszka na Hawajach, gdzie pracuje na statku rejsowym, na którym prowadzi salon SPA. Ma tlenione włosy, lubi różowe koszulki, jest niewymownie uprzejmy, wszystko go ekscytuje albo co najmniej podoba i za wszystko dziękuje. Pewnego dnia wybrał się z jedną dziewczyną do miasta, bo chciał kupić krem do twarzy - spędził przy półkach godzinę wybierając odpowiedni krem do jego cery. Innym razem rozmawiał z dziewczynami o kremach, żelach i tonikach (zna się na tym, bo używa słów, które tylko kobiety rozumiały), próbując dobrać odpowiednią markę do indywidualnych potrzeb każdej z nich. Świetny numer wykręcił też ostatniego dnia - prawie spóźnił się na samolot, bo kiedy przyjechał po niego samochód, który miał go zabrać na lotnisko, on brał w tym czasie prysznic przez dobrych pare minut "zupełnie nie wiedząc, że jest tak późno". :) W drodze na górę co chwila musieliśmy na niego czekać, bo robił częste przystanki żeby popatrzeć albo na widoki (muszę przyznać - były naprawdę piękne) albo na roślinki (ładne, ale nic specjalnego). Podbiegał do nas potem z z błogim wyrazem twarzy, z jakimś liściem w ręku "Popatrzcie jaka niezwykle piękna roślina!". No kupa śmiechu w każdym razie. Tego dnia było naprawdę gorąco, chyba prawie ze 30 stopni, namęczyliśmy sie troche, ale było warto. Widok wspaniały, nieporównywalny z niczym innym!
Wieczorem tego dnia w szkole organizowany był grill dla nowych uczniów i nauczycieli. Dużo dobrego jedzenia i darmowe piwo zrobiło swoje.
Narazie tyle, jak znajdę trochę czasu i nie złapie mnie leń napisze więcej.


4 komentarze:
Co by tu dużo mówić....kolacji nie zazdroszczę...blee.. ja to bym tam chyba z głodu padł;)
A co do "ciepłego" kolegi to wiesz ...lepiej uważaj..co by mu się kremik z wazeliną nie pomylił;););)
Słuchaj to już prawie miesiąc a Ty wciąż żyjesz i funkcjonujesz w najlepsze...nie jest źle:)
Pozdrawiam
oj! musze powiezieć, że historia z kura mnie odraziła. mysle ze bardziej ta część z wnętrznościami, zyłami i chrząstkami niz z pluciem:)
Cieszę, sie , ze sie tak dobrze bawisz:) jak bedziesz potrzebował normalnego jedzenia, tylko napisz:P :) Pozdrawiam gorąco!!!
Bardzo ciekawy blog, dodałem sobie do ulubionych i linkuje na moim. Zapraszam do odwiedzenia mojego, co prawda o tematyce biznesowej.
Ej no Paweł pisz co się tam u Ciebie dzieje
Prześlij komentarz