niedziela, 3 lutego 2008

Życia ciąg dalszy...


Yangshuo. Tyle już czytałem i słyszałem o tym miejscu zanim tu przyjechałem, że bałem się czy aby nie nastawiam się zbyt optymistycznie... Nic podobnego! Mimo zimna, deszczu i chmur to miejsce pozostaje po prostu niesamowite!!! Yangshuo to niewielkie (jak na Chiny oczywiście) miasto - ok 200 000 mieszkańców, usytuowane na południu Chin. Miejsce to i okolica słynie z niesamowitych formacji wapiennych, które na każdym kroku wyrastają z ziemi na kształt olbrzymich, porośniętych roślinami kretowych kopców. Wyobraźcie sobie łąkę, gdzie widzicie tuż obok siebie setki takich kopczyków porośniętych trawą lub mchem, i wyobraźcie sobie że jesteście zupełnie malutcy i stoicie między nimi. Wiem, że trochę to śmiesznie brzmi, ale tak to właśnie wygląda. Wrażenie jest nieporównywalne z niczym innym! Mimo tak wielu mieszkańców, miasto wydaje się być raczej wioską niż mekką backpackersów i wszelkich turystów (którą w istocie jest!), gdyż jest bardzo rozwleczone i wije się pomiędzy wzgórzami na dość dużej powierzchni. Dominuje raczej niska i nieciekawa zabudowa, która jedynie w centrum miasta nabiera iście urokliwych cech, łącznie z pięknymi, wąskimi uliczkami, sklepikami i knajpkami.
A więc mamy unikalne na skalę światową, piękne okoliczności przyrody i przytulne centrum, które już same w sobie czynią miasto absolutnie wartym odwiedzenia. Ale są jeszcze ludzie! Chińczycy są dość ciekawym narodym, delikatnie mówiąc.. Po 4 dniach pobytu tutaj i obserwowania tych ludzi, widzę, że różnią się od nas, od naszej szeroko pojętej kultury europejskiej znacznie. Ale Chińczycy to temat na osobny wpis. :) W Yangshuo żyje również całkiem spora społeczność obcokrajowców, którzy przyjechali tutaj kiedys na trochę, a zostali na lata. Najczęściej prowadzą do spółki z chińczykami (wymaga tego prawo) lokale na mieście, lub uczą angielskiego w jednej z wielu szkół językowych, tak jak i ja będę to robić. Szczerze mówiąc, zupełnie się im nie dziwię. Życie tutaj jest czystą sielanką, miejscowi obcokrajowcy znają się dobrze, a ciągły przepływ ludzi takich jak ja, napędza tylko atrakcyjność tego miejsca, bo zawsze jest jest ktoś nowy do poznania i pogadania.
W Yangshuo wyróżnia się cztery rodzaje ludzi, ułożonych w swoistej hierarchii - miejscowi Chińczycy, miejscowi obcokrajowcy, chińscy turyści i zagraniczni turyści. Hierarchia ta ułożona jest według cen, jakich żądają miejscowi od danego rodzaju ludzi (w Chinach powszechne jest targowanie się) i tak najwyższe ceny zawsze są oferowane zagranicznym turystom, zwykle ok 300 - 500% rzeczywistej ceny (niestety zaliczam się do nich), ciut niższe ceny dla chińskich odwiedzających (miejscowi rozpoznają ich najczęściej po innym dialekcie, albo po prostu ich nie znają więc walą po kieszeni). Lokalni obcokrajowcy są powszechnie znani, gdyż nie ma ich aż tak wielu i po latach wypracowali sobie całkiem uczciwe (czytaj - chińskie, czyli nigdy do końca uczciwe) stawki, często na poziomie tych, oferowanych rdzennym mieszkańcom. Póki co, na szczęście nie musiałem się jeszcze specjalnie targować - kupuję albo w markecie, gdzie ceny są ufixowane, albo chodzę na zakupy z Michelle, ktora jest w tym doskonała i którą tutaj znają, więc jest ok. Niestety (albo stety), po wielu latach najazdu obcokrajowców, miejsce to zatraciło swój pierwotny charakter. Chińczycy generalnie gardzą białymi, mając ich za chodzące skarbonki. W knajpach oprócz chińszczyzny moża łatwo dostać typowo zachodnie dania, dużo Chinoli mówi po angielsku, w większości na poziomie komunikatywnym, wystarczającym do zrobienia zakupów, jest bardzo dużo znaków i napisów po angielsku, które ułatwiają poruszanie się i życie, ale są zupełnie nietypowe dla innych, podobnych miejsc w Chinach. Ułatwia to jednak znacznie życie przybyszom spoza Chin - wielu z białych, którzy mieszkają tutaj na stałe nie mówi dobrze po chińsku. Żyją raczej OBOK Chińczyków niż Z nimi.
Ja jestem teraz na etapie zapoznawania się z miastem, jako że zajęcia zaczynają sie dopiero za około tydzień. Nie poznałem jeszcze wielu ludzi, uczniowie powyjeżdżali na święta, część nauczycieli podróżuje lub siedzi w domach. Pogoda niestety ciągle nie zachęca do wychodzenia, więc jest trochę nudnawo. Całe szczęście mam w końcu internet w pokoju, więc kontakt z cywilizacją pozostaje utrzymany. Dziś pojechałem z Michelle do Guilin - stolicy prowincji. Musiała kupić jedzenie dla swojego kota w postaci "Whiskas", którego na próżno szukać w Yangshuo, a, jak to ujęła "nię bedzie karmić swoje kota tym czym karmią je chińczycy!" - czyli ryżem :D I tak nie miałem co robić więc się przejechałem. Już na wstępie było zabawnie, bo zanim wyruszyliśmy dostałem od niej przypinkę z napisem "V.E.T. - Volunteer English Teacher". VET to organizacja stworzona i prowadzona przez Kanadyjczyka (w przyszłym tyg obchodzi 83 urodziny!), który wraz z żoną mieszka Yangshuo, do której zgłaszają się ochotnicy z całego świata żeby za darmo uczyć chińskie dzieci angielskiego w państwowych szkołach. Najczęściej są to emerytowani nauczyciele, którzy nie muszą zarabiać, bo mają swoje emerytury, a ciągle chcą uczyć. Okazuje się, że taki znaczek (który zresztą trudno dostać, sam musiałem go zwrócić) zmiękcza trochę chińskie serca i ułatwia targowanie się. Ceny biletu na autokar do Guilin zależą oczywiście od pozycji w hierarchii, i tak wahają się od 20 dla "frajerów" do 8 yuanów dla miejscowych. Sami usłyszeliśmy kilka razy 20, co od razu odrzucaliśmy, w końcu zjechaliśmy do 14, co jak mówiła Michelle nie jest uczciwe, ale w związku ze świętem jest do zniesienia. O Guilin wiele nie powiem, bo byliśmy tylko w sklepie i na obiedzie. Duże, pełne ludzi i głośne.
Niestety przez pogodę nie zawracam sobie głowy robieniem zdjęć, dlatego wrzucam parę fot z sieci i parę moich, robionych wieczorem w mieście.

8 komentarzy:

Anonimowy pisze...

wiagnalem sie w tego Twojego bloga
czekam na dalszy ciag...
pozdrowienia dla Chińskich braci i sióstr ;)

Anonimowy pisze...

ide se zrobic ryz na kolacje... pozdrowiania!!!!!

Anonimowy pisze...

Paweł jesteś niesamowity ;) bede śledzić Twą przygodę;p i czekam na zdjęcia!!!! pozdrawiam
Ania Z..

Anonimowy pisze...

Fivex, fivex... Nie przestajesz zaskakiwać ;) Ja najbardziej czekam na Twoją podróz koleją transsybyeryjską... Jak to przezyjesz to już nic nie będzie straszne ;D Trzymaj się!

Anonimowy pisze...

Don´t stop writing bilingual. or otherwise i would have to improve my polish really quick.
Viele Grüße aus Giessen!

Anonimowy pisze...

:) hmm, czyzby jakas Ania o tych samych inicjalach co ja? ;) no coz. Fivek Tobie trzeba tam wiele szczescia zyczyc i dobrego zoladka na przyswajanie ryzu :D
na pewno Ci sie uda, a my tu wszscy kciuki trzymamy :)

Thilo: polish isn't really as hard as it looks like ;)

Anonimowy pisze...

kurwa... jaki Ty masz chill Fiv!
Tylko chyba na Offa w tym roku z nami nie polecisz w takim razie, co ? :D
Pozdro i trzymaj sie tam stary!

Dobar_DG pisze...

No więc czytam i komentować będę:)
Fivex gadasz już po chińsku?? jak nie to czas najwyższy:)
Taaaak robienie obcokrajowców w bambuko to to co chińczycy uwielbiają najbardziej...cóż trzeba sobie radzić..jakoś...
Pozdr
Bartek