W niedzielę rano zapukał do mojego pokoju nieznajomy osobnik rasy białej z wyraźnie amerykańskim akcentem. Powiedziano mu, żeby poprosił mnie abym pokazał mu z grubsza miasto i poopowiadał co i jak. Okazało się, że przyjechał tego dnia ok 6 rano do Yangshuo i dostał przydział w pokoju tuż obok mojego. Poszliśmy coś zjeść, przy okazji przeszliśmy się po miesćie - Peter mieszka i studiuje medycynę w USA, New Jersey, do Chin przyjechał prosto z Afryki gdzie miesiąc temu wszedł na Kilimandżaro. W zeszłym roku pracował 3 miesiące w Boliwii jako wolontariusz ucząc angielskiego. Niezłe CV jak na 20-latka. Przyjechał do Yangshuo odbyć szkolenie, za tydzien wyjeżdża na północ w okolice miasta Xi'an gdzie zamierza spędzić 5 miesięcy.
Poiedziałek był pierwszym dniem po przerwię świątecznej, wszyscy uczniowe już wrócili, zaczęła się praca.
Szkoła, w której pracuję, nazywa się Owen College. Owen College jest częścią pomysłu pewnego Chinćzyka - Owena Buckland (jego chińskie imię brzmi inaczej, a to jest raczej takim imieniem biznesowym). Człowiek ten postanowił, że zacznie sprowadzać ludzi, którzy mówią po angielsku z zagranicy, żeby uczyli Chińczyków. Zawarł umowę z publicznymi szkołami w różnych miejscach
w Chinach, że będzi im dostarczał nauczycieli języka angielskiego z poza Chin. Cały myk polega na tym, że tym nauczycielem może być absolutnie każdy, kto jest najlepiej rasy innej niż żółta i mówi przyzwoicie po angielsku, oferta jest skierowana głównie do ludzi z krajów, w których mówi się po angielsku. Nauczyciele przyjeżdżają do Yangshuo, tutaj przechodzą kilkudniowe szkolenie, a potem są wysyłani w różne zakątki Chin, do szkół, z którymi Bucklandgroup ma podpisaną umowę. Bucklandgroup to nazwa firmy zajmującej się naborem nauczycieli na potrzeby szkół publicznych. Owen
College jest z kolei szkołą prywatną, uczą się tu osoby powyżej 18 r.ż., a za naukę muszą płacić i to bardzo dużo. Ale chętnych nie brakuje, tym bardziej że szkołą ma dobrą opinię. Pan Owen jest niezwykle majętny, zarabia świetne pieniądze na kontraktach ze szkołami, a poza tym oferuje możliwość założenia filii Owen College na zasadzie franchisingu. Wciągnął w ten biznes również swoich trzech braci, każdy z nich ma swoją szkołę, nie wchodzą sobie w drogę ani nie konkurują ze sobą bo oferta każdej ze szkół skierowana jest do innych ludzi np tylko do dzieci. Lokalizacja szkoły w Yangshuo jest plusem dla Chińczyków - nie ma chyba w kontynentalnych Chinach bardziej "zachodniego" miasta, gdzie można bardzo swobodnie posługiwać się językiem angielskim i poznać tak wielu obcokrajowców.Od niedzieli aż do teraz, prawie codziennie pojawiał się ktoś nowy, żeby odbyć szkolenie. Ja jako jedyny zostaję w Yangshuo, cała reszta wyjeżdża w Prawdziwe Chiny, gdzie będą jedynymi białymi w okolicy - muszę przyznać, że to też musi być niezwykłe doświadczenie... Przyjechały dwie dziewczyny z Kanady (zresztą z miasta Winipeg, gdzie mam rodzinę - jaki ten świat mały), dziewczyna z Australii i sporo ludzi ze Stanów (w tym dziewczyna, która przyjechała tutaj z Afryki gdzie pracowała rok z chorymi na AIDS). Oprócz mnie, Europę dumnie reprezentuje jeszcze Francuzka, ale ona jest tutaj wolontariuszką programu V.E.T., o którym pisałem co nieco wcześniej. Nareszcie zaczęło sie jakieś życie w tym miejscu! No i codzienne posiłki w szkole - śniadanie, lunch i obiad za darmo! :)
W poniedziałek zostałem poproszony, żebym pouczył trochę jednego Chińczyka indywidualnie przez parę godzin. Niezwykle sympatyczny, 32-letni facet z ewidentą chorobą przyzębia (zresztą wszyscy to tu mają...), po uniwersytecie i po 7 latach nauki angielskiego - umiał pisać, ale KOMPLETNIE nie umiał mówić w tym języku! Przez ponad 5 godzin, które z nim spędziłem, ćwiczyliśmy jak wymawiać kilka słów po anglielsku. Żmudna robota muszę przyznać. Na szczęście poznałem już uczniów, z którymi będę pracował - większość mówi w miare zrozumiale, więc nie będzie tak źle.
W środę zaczęło się szkolenie. Prowadzi je zawsze pewna starsza Kanadyjka - osoba dwulicowa i fałszywa do bólu, której nikt nie lubi.. No ale cóż, tak to już bywa. Spodziewałem się, że nauczę się czegoś ciekawego, czegoś co mi się przyda. Ale całe szkolenie skierowane było do nauczycieli, którzy będą pracować w szkołach publicznych - lekcje po 45 minut, dużo różnych klas, praca z dziećmi, klasy 60 osobowe i więcej (tak to wygląda w Chinach). Ja natomiast będę widział codziennie tą samą grupę ok 10 dorosłych osób na lekcjach 2,5 godzinnych, a więc zupełnie inna praca. Szkolenie byłoby jeszcze do zniesienie, gdyby nie osoba prowadząca - nie mogłem tam wysiedzieć i słuchać z poważną miną tego co ona mówiła. Nie da się nawet opisać, jak wygląda 60-letnia kobieta zachowująca sie jak dziecko uważająca, że ma misję do spełnienia, uwielbiająca kiedy włazi się jej w d... , bo przecież ona jest największym ekspertem od nauczania i one wie najlepiej. Przykre. Mam tylko nadzieję, że uda mi się ją ignorować jak najdłużej bez żadnych konsekwencji. Szkolenie w każdym razie okazało się dla mnie praktycznie bezużyteczne, na szczęście poznałem już Eda - Filipińczyka, który pracuje tutaj od 4 miesięcy, dał mi parę rad co robić z lekcjami. Trochę się denerwuję, ale myślę, że jakoś to będzie.
Ed to również bardzo ciekawa osoba - pochodzi z południowych Filipin, wygląda jak Chińczyk i mówi DOSKONALE po angielsku. Do Yangshuo trafił raczej przez przypadek z Honk-Kongu, gdzie szukał pracy. Pracował już parę lat jako nauczyciel angielskiego na Filipinach, ale w HK nikt nie chciał zatrudnić Azjaty. Udało mu się w Yangshuo, ale mówi, że i tak jest traktowany jako nauczyciel drugiej kategorii. Nie wiedziałem tego wcześniej, ale jak się okazuje Filipiny za sprawą kolonializmu stały się enklawą kultury zachodniej w Azji - angielski jest drugim językiem urzędowym a katolicyzm powszechny prawie jak w Polsce. Ed jest zresztą bardzo gorliwym katolikiem, a jego angielski wydaje się być lepszy niż Amerykanów. Pracuje tutaj w dwóch szkołach, popołudniami w Owen College, a rano w innej. Myśle, że za jakiś czas zrobię podobnie, bo wygląda na to, że przez kilka miesięcy będę zatrudniony tylko na pół etatu w Owen College.
W sobotę pojechaliśmy na wycieczkę do Xingping, przepięknie położonego miasta niedaleko Yangshuo. Jechali wszyscy uczniowie i świeżo przybyli "zachodni". Do miasta dotarliśmy autokarem. Ale oczywiście w Chinach autokary nie są takie, jakie je znamy. Wyglądają może podobnie, ale obowiązują trochę inne zasady ich "obsługi". Po pierwsze, liczba miejsc siedzących nie równa się liczbie osób, jakie można zabrać do środka - zawsze przecież można dostawić plastikowe taboreciki w przejściu i upychać ludzi. Dopóki pojazd się porusza nie ma problemu. Po drugie, jakkolwiek brzydki i stary nie byłby ten autokar, musi mieć zainstalowany telewizor z chińskimi filmami karate albo chińskimi piosenkami karaoke. Filmy są żałośnie śmiesznie, a piosenki kiczowate, nawet bez rozumienia o czym mówią czy śpiewają, ale Chińczycy je uwielbiają. Po trzecie, nieważne jaka jest droga - trzeba jechać szybko, wyprzedzać co się da i każdy manewr sygnalizować potężnym i długim klaksonem albo mruganiem długimi światłami (tak samo było gdy jechałem sypialnym autokarem, tak samo było gdy jechałem do Guilin). Po prostu - Chiny! :)
Grupa uczniów jest bardzo zabawna, większość z nich jest w moim wieku lub nieco starsza. Mimo wieku, zachowują się jak małe dzieci. wycieczka - 50 yuanów, prowiant na drogę - 10 yuanów, widok 28-letniego Chińczyka śmiejącego się jak 6-o latek z autyzmem - bezcenne!! To jest naprawdę niesamowite, jak bardzo infantylnie mogą się oni zachowywać. Jest to rozbrajające i daje dużo pozytywnej energii. Zabawny jest też sposób, w jaki traktują białych, zwłaszcza nas, z którymi mogą pogadać i bliżej się poznać. Nie powiem, czasami czułem się jak gwiazda! :D
Na miejscu weszliśmy na wzgórze, z którego rozciągał się przepiękny widok na rzekę Li i skalne kopce ciągnące się po horyzont. Obrazek ilustrujący to miejsce, jest na banknocie 20-o
yuanowym. Niestety pogoda nie była rewelacyjna, było ciepło, ale spodziewaliśmy się błękitnego nieba, a niestety chmury całkiem zasłaniały słońce. Potem przeszliśmy się kawałek, zjedliśmy lunch w małej knajpce nad rzeką - jedną z potraw był kurczak w potrawce, łącznie z nogami i wszystkimi kośćmi. W trakcie jedzenie, miała miejsce zabawna sytuacja - do Australijki Milly,
podszedł sędziwy pan wiadomej narodowości i zrobił sobie sobie z nią zdjęcie - Milly jest nadzwyczaj wysoka nawet według naszych standardów, a w tym kraju jest prawdziwą sensacją. Po jedzeniu popłynęliśmy kawałek w dół rzeki na bambusowych tratwach - tak niezwykłej scenerii nigdy nie widziałem! Po paru minutach wysadzono nas na brzegu, od razu obleciała nas chmara starszych, zgarbionych kobiet próbując nam wcisnąć jakieś owoce i gorące przekąski. Stąd do miasta wróciliśmy piechotą. Potem czekała nas jeszcze krótka, acz bogata w wrażenia przejażdżka "taxówkami" na
parking, gdzie czekał na nas nasz szalony autokar. Za taxówki robiły budy przymocowane do jakiegoś niby-motoru, jazda w takim pudle po chińskich wertepach jest naprawdę niezapomniana! :)) Ku uciesze uczniów, nauczyłem się też pierwszej linijki bardzo popularnej chińskiej piosenki, podobno nawet dobrze wszystko wymawiam ;)Dziś pogoda popsuła się do reszty - cały dzień pada i znowu zimno. Na śniadanie poszedłem do pobliskiej taniej jadłodajni - w rozmówkach pokazałem pani, jakie chcę mięso, palcem pokazałem jakie warzywa, i za równowartość trzech złotych najadłem się do syta :) Jutro po południu pierwsza lekcja, sam jestem ciekaw jak to sie dalej wszystko potoczy...





5 komentarzy:
Hehe no to pozytywnie się robi:)
I to dentystyczne zacięcie hehe musiałeś wspomnieć bo byłbyś chory gdybyś tego nie zrobił;)
Kurczę chłopie wiem że nie masz czasu za wiele, ale pisz więcej bo naprawdę fajnie się to czyta...
Pozdrawiam
gratuluje wycieczki i energii do blogowania ;] mój brat będąc w Chinach przez miesiąc napisał mniej niż Ty w jednym poście...
Powodzenia! -Tomek z warsztatów sopot'07/gdynia'07 :)
the english version please!!:)
all the best,
Sofia
dużo pozytywnej energii bije ze zdjęć :)
szkoda, ze tak rzadko pojawiaja sie
nowe posty Fiv
pozdrowienia z coraz bardziej wiosennego
3miasta
Cześc Paweł , musze przyznać ,że zawsze z wielkim zainteresowaniem czytam twoję relacje. Bardzo Ci kibicuje i jeszcze raz gratuluje pomysłu całej tej podróży.
Pozdrowienia od całej rodzinki z Czyżykowskiej.
Ps. more photo :)
Wujek Wojtek
Prześlij komentarz