Ostatni piątek był wyjątkowo ulewny, deszcz złapał mnie w Guilin gdzie spędziłem wieczór i większość soboty - ulice zamieniły się w potoki, a ja miałem tylko małą, tanią parasolkę którą musiałem dzielić z jedym z moich uczniów... Na szczęście sobota była świetna, a niedziela absolutnie rewelacyjna! Błękitne niebo, słońce, zielone wzgórza, bajka! Pojechaliśmy z klasą rowerami zobaczyć Dragon Bridge (Smoczy Most) nad rzeką Yulong. Most ma ponoć ponad 800 lat, jest mały ale urokliwy. Droga zajęła prawie 3 godziny, mój rower jest popsuty, więc namachałem się trochę nie mogąc zmienić przerzutek. Trasa wiedzie przez wąski ścieżki między polami ryżowymi i małe wioski. W końcu jakaś inna zabudowa niż monotonna miejska architektura. Widać, że życie tutaj jest zupełne inne niż w mieście, a już na pewno inne niż na polskiej wsi. Dawno już jazda rowerem nie sprawiła mi tyle frajdy co teraz, a widoki po prostu zapierają dech w piersiach! Horyzont pokryty intensywnie zielonymi wzgórzami, nad nimi niebieskie niebo, delikatny wiatr na twarzy i pola ryżowe pełne wody z wynurzającymi się, zielonymi kłosami po bokach drogi... Słońce grzało całą drogę, a po paru godzinach moja skóra zrobiła się czerwona - przez tą nagłą zmianę pogody zupełnie nie pomyślałem o kremie z filtrem. Jak się okazuje Chińczycy zużywają go bardzo dużo, bo nikt tutaj nie chce sie opalić. Gdy zobaczyłem rano dziewczyny w swetrach i golfach, podczas gdy ja w końcu mogłem wbić się w krótkie spodenki i sandały, trochę zbaraniałem... Jeden z chłopaków jechał w garniturze, tanim i brzydkim, jak to Chińczycy noszą na co dzień, a było chyba ponad 25 stopni! Nie zdziwiłbym się, gdyby miał pod spodem kalesony i podkoszulkę z długim rękawem, bo tak się tutaj ubierają mężczyźni. Dziwne to jest bardzo, ale taka to już kultura...
Mam nadzieję, że ta pogoda utrzyma się dłużej, będzie można w końcu zacząć robić wypady w okolice Yangshuo i wyrwać się trochę w miasta.



















