niedziela, 23 marca 2008

Dragon Bridge

Pora deszczowa odbiera trochę urok temu miejscu. Pochmurnie, szaro, ponuro, mokro i co chwilę pada... Wilgoć i wysoka temperatura namalowały na kafelkach w łazience postrzępiony, zielono-niebieski wzorek. U mnie nie jest jeszcze źle, podobno u jednego nauczyciela z innej szkoły ściany w pokoju są zielone od pleśni, nie może sobie z tym poradzić. Podobno w kwietniu, gdy deszcze ustają robi się tu nieprzyjemnie za sprawą komarów. Muszę się zaopatrzyć w jakiś środek przeciw tym krwiopijcom.
Ostatni piątek był wyjątkowo ulewny, deszcz złapał mnie w Guilin gdzie spędziłem wieczór i większość soboty - ulice zamieniły się w potoki, a ja miałem tylko małą, tanią parasolkę którą musiałem dzielić z jedym z moich uczniów... Na szczęście sobota była świetna, a niedziela absolutnie rewelacyjna! Błękitne niebo, słońce, zielone wzgórza, bajka! Pojechaliśmy z klasą rowerami zobaczyć Dragon Bridge (Smoczy Most) nad rzeką Yulong. Most ma ponoć ponad 800 lat, jest mały ale urokliwy. Droga zajęła prawie 3 godziny, mój rower jest popsuty, więc namachałem się trochę nie mogąc zmienić przerzutek. Trasa wiedzie przez wąski ścieżki między polami ryżowymi i małe wioski. W końcu jakaś inna zabudowa niż monotonna miejska architektura. Widać, że życie tutaj jest zupełne inne niż w mieście, a już na pewno inne niż na polskiej wsi. Dawno już jazda rowerem nie sprawiła mi tyle frajdy co teraz, a widoki po prostu zapierają dech w piersiach! Horyzont pokryty intensywnie zielonymi wzgórzami, nad nimi niebieskie niebo, delikatny wiatr na twarzy i pola ryżowe pełne wody z wynurzającymi się, zielonymi kłosami po bokach drogi... Słońce grzało całą drogę, a po paru godzinach moja skóra zrobiła się czerwona - przez tą nagłą zmianę pogody zupełnie nie pomyślałem o kremie z filtrem. Jak się okazuje Chińczycy zużywają go bardzo dużo, bo nikt tutaj nie chce sie opalić. Gdy zobaczyłem rano dziewczyny w swetrach i golfach, podczas gdy ja w końcu mogłem wbić się w krótkie spodenki i sandały, trochę zbaraniałem... Jeden z chłopaków jechał w garniturze, tanim i brzydkim, jak to Chińczycy noszą na co dzień, a było chyba ponad 25 stopni! Nie zdziwiłbym się, gdyby miał pod spodem kalesony i podkoszulkę z długim rękawem, bo tak się tutaj ubierają mężczyźni. Dziwne to jest bardzo, ale taka to już kultura...
Mam nadzieję, że ta pogoda utrzyma się dłużej, będzie można w końcu zacząć robić wypady w okolice Yangshuo i wyrwać się trochę w miasta.












5 komentarzy:

Dobar_DG pisze...

Nie no wypas!!! :) Świetne widoki kurczę stary, następnym razem pakujesz mnie w torbę(hmm trochę duża musi być) i jadę z Tobą! Ćwicz już mięśnie bo mało to ja nie ważę;)
A tak serio to wyrąbista lokalizacja...a nie to co u nas..

Anonimowy pisze...

bartku drogi... tak mowisz, bo sie z tego zaglebia nigdy nie urywasz:) mam nadzieje, ze optymizm wróci po powrocie z bratysławy :)
mi sie bardzo podoba nasz świąteczny krajobraz ... w znaczeniu bozonarodzeniowy :P śniegu pełno wszędzie... zazdroszczę tych 25 stopni na drugim koncu swiata...:) pozdrawiam! :)

Unknown pisze...

Kup sobie kup jakieś chemikalia, bo przecież nie chcesz zostać międzygatunkowym honorowym dawcą krwi :P Pozdrowionka dla naszego "zwiadowcy" i stałych "pismaków" ;)

Anonimowy pisze...

Super blog! Szkoda, że nie piszesz aktualnie dalej!!
Agnieszka

Unknown pisze...

witam zainteresowanych tematem Chiny i podrozami rowniez wpadlem do Yangshuo i wieli innych miejsc zapraszam na moja stronke

http://leninjs.w.interia.pl/index.html