Pogoda była raczej średnia, chłodno i pochmurnie, ale przynajmniej nie padało. Rano przyszedł po nas River ze swoim ojcem i wujkiem (nasz kierowca) i pojechaliśmy do Parku Narodowego. Niesamowite jakich zniszczeń dokonały tutaj ostatnio burze śnieżne, całe zbocza gór powalonych drzew i połamanych gałęzi, gdzieniegdzie pozrywane dachy... Tego dnia był akurat dzień kobiet, dość powszechnie obchodzony w Chinach, więc było naprawdę dużo damskich wycieczek. Wszędzie było słychać podwyższone głosiki chińskich pań, no i chichot gdy tylko zobaczyły obcokrajowców. Nie muszę dodawać, że Colin i ja byliśmy jedynymi białymi w okolicy. Colin to Amerykanin z New Jersey, który pojechał do Hezhou razem ze mną. Skończył animację w college'u w Georgii, do Chin przyjechał pół roku temu, uczy angielskiego w Yangshuo ale w innej szkole. Gdy staliśmy w kolejce po bilety (była dość długa i miejscami się zawijała) ludzie robili nam zdjęcia z daleka lub bezczelnie filmowali, byliśmy w każdym razie nie małą sensacją. Sam Park nie zrobił na mnie jakiegoś wielkiego wrażenia, krajobrazy podobne do naszych Bieszczad. Wrażenie zrobiła na mnie pijalnia Baijo, gdzie można było się napić różnych gatunków tego napitku za darmo! Na szczęście tutejsze baijo było całkiem dobre, mieli różne rodzaje i różne smaki do wyboru, chociaż niektórych nie chciałbym spróbować ponownie. Następnym przystankiem był Skalny Las - niesamowite miejsce, w którym z ziemi wyrastają niczym drzewa wielkie, skalne iglice. Znaczna większość głazów miała swoje nazwy. Niezwykłe, jak Chińczycy potrafią dopatrzeć sie w kawałku kamienia podobieństwa do np. "Żaby czekającej na pełnię księżyca" lub "Starego lekarza zbierającego lecznicze zioła"... Nie dość, że nazwy były za każdym razem komiczne, to na dodatek fatalnie przetłumaczone i totalnie nie tak zapisane na tabliczkach! Ale do tego zdążyłem już się przyzwyczaić, jest nawet słowo dla swoistego chińskiego Angielskiego - "Chinglish", a tabliczki w Skalnym Lesie są, jak dotychczas jednym z najlepszych tego przykładów jakie widziałem. Naszym ulubionym kamieniem zastał "The fairy sheep hopes the country" (w wolnym tłumaczeniu na polski - "Wróżka owca ma nadzieję na państwo" czy jakoś tak), ani Colin ani ja nie mogliśmy zrozumieć co miał autor tej nazwy na myśli...
Dalszy ciąg relacji z wycieczki wkrótce. Ze spraw bieżących - pracuję teraz na pełen etat, dwie lekcje po 2,5 godziny dziennie. Rano - poziom 2, po południu - poziom 3 (są 4 poziomy zaawansowania). Lekcje są całkiem fajne, ale dość męczące, a przygotowania zajmują znacznie więcej czasu niż sobie to wyobrażałem. Brakuje mi jeszcze doświadczenia, ale mam nadzieję, że z czasem wypracuje jakieś swoje metody i będzie to zajmować mniej czasu. W klasie porannej miałem ostatnio zabawną sytuację - uczniowie mieli podyskutować w parach o ich ulubionych zwierzętach ("Jakie jest Twoje ulubione zwierzę"). Gdy podszedłem do dwojga z nich, jeden odpowiedział, że świnia, bo lubi mięso świni. Jego partnerka powiedziała natomiast "Beer dog" (piwny pies lub pies w piwie). Nie wiedziałem za bardzo co to jest, więc się dopytałem - jak się okazało to nazwa jej ulubionego dania...





5 komentarzy:
Nioch, nioch :D Tabliczki wypas :D Więęęęęcej takich zdjęć ;)
Nieznamy się, natrafiłam na Ciebie na naszej klasie w "znajomych" kolegi :) Od tego czasu codziennie wchodze na tego bloga i z niecierpliwoscią czekam na nowe notki z Twojej chińskiej przygody ;)) powodzenia i podziwiam :D pozdrawiam, Monika
ja mysle, ze ta wróżka-owca jest nadzieją państwa:) pozdrawiam:)
Heh więc tak jak mówiłem-poczekam na fotki i napiszę:) Więc pisze...
Widoczki fajneeeee:)
A co do tabliczek- hehe masz szansę to zmienić:) Naucz ich dobrze i będą wiedzieć jak pisać..w końcu teraz jesteś Panem Nauczycielem:) Chcę kartkę z Chin!
A spróbuj nie podesłać;)
Pozdrawiam
Jak oni słodko przenoszą! :D
Prześlij komentarz