niedziela, 9 marca 2008

Prawdziwe Chiny

Gambei!! - starszy Chińczyk po drugiej stronie stołu stuka swoją szklanką w moją, po chwili paskudny smak domowego bimbru ryżowego rozlewa się w ustach. Na szczęście jest jeszcze tutejsze piwo, nie tak dobre jak europejskie, ale znacznie lepsze od Baijo. Baijo to chiński odpowiednik naszej wódki, destylowana z ryżu, można dostać różne jej wersje, słabsze i mocniejsze ale to co zabija to nie moc, a smak - absolutnie parszywy, mieszanka starego kapcia i terpentyny.. Gdy pije się baijo najpierw do nozdrzy dociera stęchły, odrzucający odór, który absolutnie nie zaczęca do picia. Kiedy się już przełamie naturalny opór, i wleje te pomyje do ust następuje walka z odruchem wymiotnym, po czym człowiek szuka czegokolwiek innego, co mogłoby szybko zabić ten smak... Baijo pędzone w domu było jeszcze gorsze od kupnego, ale nie wypadało odmówić gospodarzowi, zwłaszcza gdy częstował nas w swoim domu lokalnymi specjałami. Nieczęsto ma się okazję zjedzenia kolacji w tradycyjnym lokalu na prawdziwej chińskiej prowincji, będąc tam w charakterze wybitnego gościa, pijąc bimber z właścicielem i jego kumplami. Na szczęście był z nami River, mój uczeń, więc wszystko tłumaczył na bierząco, a właścieciele knajpy byli przyjaciółmi jego ojca. River zaprosił mnie i mojego kumpla na weekend do swojego rodzinnego miasta Hezhou (czyt. hy-dzo), 3 godziny na wschód od Yangshuo. Hezhou jest niewielkie, ok 100 000 mieszkańców, ale i tak wygląda na dużo większe niż Yangshuo - wysoka zabudowa, duże hotele i znaczny ruch na ulicy. Miasto jest dość popularne wśród chińskich turystów ze względu na okoliczne gorące źródła i liczne miejsca warte obejrzenia. Nie jest jednak popularne wśród zagranicznych turystów, o czym przekonałem się na własnej skórze - dziesiątki wlepionych we mnie par oczu, obserwujących każdy mój ruch, ludzie filmujący i robiący mi zdjęcia z daleka, Chińczycy podchodzący do mnie i proszący o wspólną fotkę, no po prostu cyrk! Doświadczyłem tego w zasadzie po raz pierwszy w Chinach, bo w Yangshuo wszyscy są zypełnie przyzwyczajeni do ciągłej obecności obcokrajowców, więc nikt nie robi z mojej blond głowy wielkiego halo. Ale tam to była jazda bez trzymanki, naprawdę można się poczuć jak gwiazda! :)
Pierwszego dnia, w piątek, przyjechaliśmy dość późno wieczorem. Okazało się, że rodzice Rivera wynajęli dla nas dwuosobowy pokój w extra hotelu w samym centrum miasta! Zostawiliśmy nasze rzeczy w pokoju i poszliśmy coś zjeść do czegoś na kształt nocnego grilla po namiotami. Przy stolikach kupa ludzi, nie mogłem powstrzymać uśmiechu, gdy po wejściu poczułem na sobie wszystkie oczy. Wszystkie potrawy były grillowane i podane na patyku, lub w formie skwierczącego dania na środku stołu. Na wstępnie dostaliśmy grillowane zielone warzywa, które wyglądały i smakowały jak trawa posypana chilli, następnie, tak na rozgrzewkę baaardzo długi, poskręcany kawałek jakiegoś mięsa nabity na patyk, mało smaczny bo w środku były prawie same chrząstki. Jak się potem okazało był to świński penis, któy stanowił jedynie preludium do kolejnej atrakcji - ptaka na patyku. I gdy mówie o ptaku na patyku, ma na myśli dosłownie ptaka na patyku - mały niby-gołąb, rozcięty na brzuchu, nabity na patyk i upieczony na grillu razem z nóżkami i głową, brakowało jedynie piór. Całkiem smaczny. (Dzień wcześniej w Yangshuo jedliśmy psa, jeden z moich uczniów zachwalał to mięso jako wybitnie smaczne, ale mnie nie zachwyciło, choć może gdyby było inaczej przyrządzone...) Za wszystko, łącznie z hotelem, płaciła rodzinka, co było troszke niezręczne, ale nie dali sie przekonać, że my też chcemy zapłacić - no cóż, ja tam nie narzekałem.
Rano obudziła nas muzyka, która wdzierała się do pokoju przez cienkie okna - na placu po drugiej stronie ulicy ludzie ćwiczyli Tai-Chi i jakieś inne dziwne rzeczy, chór śpiewał coś pod sklepem niewiadomo po co....

c.d.n. wkrótce...

3 komentarze:

Anonimowy pisze...

Moja oferta przesłania jedzenia jest cały czas aktualna:) moge ci tez przesłac duzego gołebia, skoro ci tak zasmakowało :) :) :)
a my tu tylko banany i banany :P :)

Pozdrowienia :) Miłego tygdnia!

Unknown pisze...

Czyli mówisz, że wyprażanego syra to tam nie mają :D Pamiętaj - nie jedz jamników bo często stają w gardle :) Pozdrowienia i czyta się jak dobrą książkę...

Mateusz

Dobar_DG pisze...

Hehe nie no muszę przyznać że menu to mają wyśmienite po prostu. Same smakołyki;) Trzeba umieć przełamać się by choć skosztować takie rzeczy..najlepiej to nie pytać co się je..ani przed..ani po:)
Pozdro
Czekam na dalsze wieści:)