wtorek, 13 maja 2008












Wielki, tłusty szczur biegnie tuż przy ścianie budynku, zatrzymuje się na chwilę przy krawędzi, by za moment wbiec pod stojący niedaleko samochód, przebiec ulicę i schować się pod schodami. Stoję może 3 metry od niego rozmawiając przez telefon ze znajomą. Właśnie wróciłem z baru w mieście, teraz czas dołączyć do reszty ekipy - grają w pokera w dawnym mieszkaniu parki amerykanów, którzy uczą w mieście. Ciągle mają do niego klucze, mimo, że od kliku dni mieszkają już w innym miejscu, niedaleko mnie. Dzwonię do Julie, żeby wyszła po mnie, bo nie wiem za bardzo gdzie jestem. Miałem iść na Ulicę Kurczaków (Chicken Street) czyli tutejszą dzielnicę czerwonych latarń ( "kurczaki" to w Chinach potocznie prostytutki), gdzie też jestem - stoję obok jakiegoś burdelu, skąpo ubrane panie ekspedientki zapraszają mnie ochoczo, "Hello, hello, sexi massage". Widocznie mam jakieś lubieżne oblicze, choć to raczej fakt, że jestem biały wzbudza w nich te wybuchy euforii. Po jakimś czasie i odsłuchaniu w słuchawce fragmentu okropnej, chińskiej piosenki Julie odbiera, wyjaśniam mniej więcej gdzie stoję, zaraz po mnie wyjdzie. Po paru minutach widzę ją, macha do mnie ręką, po chwili oboje znikamy za rogiem. Okazuje się, że dawne mieszkanie Alexa i Julie znajduje się w budynku, będącym jedynym, który nie jest "salonem masażu". Wszędzie dookoła świecą sie w oknach fioletowe lub różowe firanki, a na dole dziewczyny grają w karty lub oglądają telewizję. Oczywiście wszystkie te przybytki wątpliwej rozkoszy i niewątpliwej rzeżaczki są w Chinach nielegalne, ale jak to mi wyjaśnił jeden z uczniów - rząd zamyka oczy, wystarczą im zapewnienia, że są to salony masażu.
Wchodzimy na 3 piętro, duże, przestronne mieszkanie, urządzone kompletnie bez smaku - tym razem nie dziwi mnie to wcale, po pierwsze to Chiny, po drugie, czego można się spodziewać bo dawnym burdelu. Przy stole grupka znajomych wygrywa i przegrywa niewielkie sumy. Jest parka Amerykanów, jest Anglik, Australijczyk, jeden Holender też tu się zapodział, dziewczyna z Ekwadoru (plotka mówi, że córka jakiegoś narkotykowego bossa) no i ja. Do gry, się nie przyłączam, do rozmów jak najbardziej.
Dyskusja toczy się wokół problemów z wizami, żyje tym ostatnio całe miasto. Rząd chiński uniemożliwił przedłużanie wiz obcokrajowcom na terenie ChRL, żeby to zrobić, trzeba wyjechać z kraju i tam też wyrobić sobie wizę. Jedyną, jaką można dostać to wiza turystyczna na 30 dni, bez możliwości przedłużenia pobytu. Ma to jakiś związek z Olimpiadą, ale nikt nie rozumie jaki. W ogóle, chiński rząd powprowadzał różne niedorzeczne zasady przed Igrzyskami, które znacznie utrudniają podróżowanie po kraju i życie tutaj obcokrajowcom. Na szczęście, moja szkoła, jako jedyna ma możliwość załatwienia 6-o miesięcznej wizy biznesowej, która jest tu teraz towarem absolutnie bezcennym. Od jakiegoś czasu mam już ją w paszporcie, także śpię spokojnie. Jak się okazuje, właściciel naszego Collegu ma duże znajomości tu i tam, może pociągnąć pare sznurków, uruchomić odpowiednich ludzi i załatwić wiele spraw. Jest bogaty, a w tym komunistycznym przecież kraju pieniądze otwierają praktycznie każde drzwi...
Wypijam kilka piw i ruszam do domu, po drodze zjadam grillowane krewetki na patyku, piekielnie ostry, smażony makaron ryżowy i lece spać.
Piątek, od rana lekcje. Śniadanie w szkole, chwilka na wydrukowanie jakiś papierów dla uczniów i jazda do klasy. Mój kumpel z innej szkoły polecił mi ciekawy temat na lekcję - co chcesz zrobić w swoim życiu zanim umrzesz? Odpowiedzi były co najmniej zaskakujące. Większość odpowiedziała, że chce pojechać do Pekinu, zobaczyć Wielki Mur i generalnie podróżować po Chinach. Kilkakrotnie padała również odpowiedź o podróży dookoła świata, próbowałem wtedy pociągnąć ich trochę za język, spytać gdzie chcieliby pojechać, co zobaczyć - nikt nie wymienił ani jednego kraju albo miasta. Jedna dziewczyna (28 lat) chciałaby pojechać do Singapuru, bo tam mieszka jej ulubiona piosenkarka... Pozostałe "marzenia" też okazywały się być raczej trywialne - kupić psa, ożenić się/wyjść za mąż, mieć duży dom i samochód, chodzić na zakupy. Angielskiego też uczą się po to, żeby dostać lepszą pracę w Chinach, a nie po to żeby podróżować. Potwierdziło to tylko fakt, że ci ludzie w większośći nie mają marzeń, poza stricte materialnymi rzeczami. Oni chcą mieć. A jeśli chcą być, to chcą być u władzy. Bo w Chinach wszystko kręci się wokół pieniędzy i władzy, to ile masz pieniędzy mówi tutaj kim jesteś. Pieniądze dają władzę, zazdrość w oczach innych. Chińczycy są wybitnie przedsiębiorczy i pracowici, muszę to przyznać, ale zastanawiam się, czy wynika to z ich natury czy ze zwykłej chęci wzbogacenia się. Lata izolacji i zacofania zrobiły tutaj swoje, ale to połączenie komunizmu i wolnego rynku jakie jest teraz, jest co najmniej dziwne... I żal mi trochę tych moich uczniów, że mając w ręku taki skarb jak język angielski, ich największym marzeniem jest mieć kupę kasy i pojechać do innego dużego miasta w tym samym kraju...
Na popołudnie umówiłem się ze znajomym na wycieczkę na motorach za miasto. Jakiś czas temu kupiłem od niego pół motoru, którym się dzielimy. Żaden to wielki motocykl, silnik malutki, szybko na nim się nie da pojechać, w sam raz do nauki i jazdy po drogach tutaj. Ale radość z jazdy jest niesamowita! W całym mieście jest tylko paru obcokrajowców z motorami, więc wzbudzam pewne zainteresowanie, poza tym okolice miasta są bajkowe, więc motor nadaję się do eksploracji tych terenów najlepiej. Pojechaliśmy tego dnia zrobić tzw pętlę wokół Yangshuo - wrażenia niesamowite, nigdy bym się nie spodziewał, że będę jeździł po Cinach motorem i do na dodatek w miejscu, którego piękno przyprawia o zawrót głowy...

3 komentarze:

Dobar_DG pisze...

No w końcu kolejny wpis:) No chłopie ale masz maszynę ;) Grunt to funkcjonalność w tym przypadku. Szczerze to troszkę dziwi mnie to ograniczanie się do swojego kraju..myślę, że to bardziej sprawa nieuświadomienia... albo po prostu przebywania na takiej prowincji.. wszyscy Chińczycy których znam są otwarci na świat....no ale oni pochodzą z wielkich miast.. Długo tam jeszcze będziesz siedział? Czy spodobało Ci się na tyle że nie chcesz wracać?:> Pozdrawiam i czekam na kolejne wpisy.

Anonimowy pisze...

ekstra wpis ;) zazdroszcze jazdy motorkiem po takich terenach, krajobrazy wygladaja bosko! ciekawi mnie to co piszesz o ich malo ambitnych marzeniach, szkoda ludzi. no i licze na jakies foty z chicken street nastepnym razem hehe pozdro 600 wypije za Ciebie browar na white fartuch party!! ;d

Unknown pisze...

A mnie wcale nie dziwi takie podejście... Wystarczy pogadać z Polakami ze wsi, którzy jadą za granicę tylko po to, żeby zarobić, wrócić i... mieć! Nie przejmują się kulturą, językiem czy po prostu poznaniem regionu. Chiny są tak wielkie, że pojechać do innej prowincji (a już z południa na północ) to jak zwiedzić pół świata! Motorek w dechę ale mógłbyś w sumie kask sobie założyć, bo te komary Ci między zęby powłażą ;)